PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z Martą Nieradkiewicz rozmawia Krzysztof Kwiatkowski
Lubisz być aktorką?
Lubię. Jasne, że gdy brakuje pracy pojawia się myśl: „Cholera, trzeba było wybrać coś innego”. Ale może te przestoje też mają jakiś sens? Krzysztof Warlikowski powiedział kiedyś, że „szybka kariera” nie istnieje. Czas odsiedziany na ławce rezerwowej hartuje. Aktor przestaje uważać, że wszystko mu się należy. A gdy w końcu mu się powiedzie, nie pozwala sobie na samozachwyt.

Ostatnio dostałaś Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego dla „młodych aktorów wyróżniających się wybitną indywidualnością”. Takie chwile podnoszą na duchu? 
Na chwilę, ale jednak. Są dowodem, że moja praca nie zniknęła w próżni. Że wzbudziła zainteresowanie, może nawet stała się dla kogoś ważna. A „Cybulskiego” strasznie chciałam dostać. Wszystko mi się w tym wyróżnieniu podoba. Legendarny patron, poszukiwanie młodych, którzy dobrze rokują, imponująca grupa laureatów. W tym zawodzie łatwo się zgubić. Laureaci „Cybulskiego” trwają. To też daje nadzieję.

Zdobyłaś statuetkę za role dwóch dziewczyn: z początku lat 90. w "Zjednoczonych Stanach Miłości" Tomasza Wasilewskiego i współczesnej w "Kamperze" Łukasza Grzegorzka. Stworzenie tych bohaterek wymagało od ciebie uruchomienia innych przestrzeni wrażliwości?
Oba filmy są portretami kobiet samotnych w związku. Ale ich porównanie odbija drogę, jaką przeszliśmy przez ostatnie trzy dekady. Mania w "Kamperze" nie boi się rozmawiać z mężem na intymne tematy, nie chowa przed światem lęków i emocji. Samotność Marzeny pozostaje cicha, zdławiona. Myślę, że ludzie wychodzili wtedy z założenia, że nie wypada „wywlekać prywatności” na światło dzienne. Może to były jeszcze ślady mentalności wyniesionej z socjalizmu? Tłumili ból w sobie. Właśnie od tych realiów odbiło się nasze, „kamperowe” pokolenie. 

Grając w filmie Wasilewskiego, wróciłaś do własnych, dziecięcych wspomnień z lat 90.?

One są mgliste, w ‘89 roku miałam sześć lat, więc wyraźniej widzę końcówkę dekady. Wychowałam się w bloku na łódzkim osiedlu. Razem z innymi dzieciakami skakaliśmy po trzepakach na podwórku. Mama była technikiem laboratoryjnym, ojciec elektrykiem. Z RFN przywoził gumy do żucia na handel. Takie kulki – w paskach po dziesięć albo w plastikowych kubełkach. Smakowały tylko przez pierwszą minutę. A, i jeszcze dezodoranty Fa. Rodzice się dorabiali, łapali w żagle wiatr przemian. Pamiętam, jak kupili mi pierwszy rower górski i lalkę Barbie z Pewexu, jak założyli telefon stacjonarny w pokoju. Na miesiąc, bo później przyszedł rachunek. I chyba właśnie odkrywanie, że możemy sobie na coś pozwolić, zdominowało ten czas. Zepchnęło delikatne uczucia na dalszy plan. Wkleiłam sobie do scenariusza Zjednoczonych Stanów Miłości zdjęcie: przy stole z sałatkami, ajerkoniakiem i zimnymi nóżkami siedzą mama i jej siostry. Każda z nich ma w oczach smutek. Zamyślone patrzą w przestrzeń.

W liceum też łapałaś się różnych prac. Patrzyłaś na twarze ludzi zza kasy w supermarkecie?

Dzisiaj pewnie bym tak robiła. Zatrzymują mnie i fascynują ciekawe sytuacje na ulicach, ludzie, twarze. Ale tego nauczyło mnie aktorstwo, pozwoliło wyrobić w sobie i gimnastykować wrażliwość. Wtedy po prostu walczyłam o przetrwanie. Aż nie wytrzymałam. Mam przed oczami taką scenę: którąś godzinę siedzę „na kasie” w Hipernovej, przy kasie stoi facet z rodziną i mówi: dziecko, co ty tu robisz?. Miał rację. Nie chodzi o to, że ta praca jest gorsza, różne rzeczy mogą się przydarzyć, może kiedyś jeszcze trafię za bar czy do supermarketu. Ale wtedy poczułam, że to jest ponad moje siły. Że w tamtym momencie powinnam próbować czegoś innego.

Już wtedy marzyłaś o aktorstwie. Kto był idolem dla dziewczyny dorastającej w latach 90.? Katarzyna Figura?

Nie myślałam w ten sposób. Dla mnie liczył się serial Beverly Hills 90210. A poza tym? Jestem generacją VHS-ów. Nie rozumiałam, że kino może mieć różne oblicza: artystyczne albo rozrywkowe. Mieliśmy magnetowid i obok siebie na półce leżały RoboCop, Terminator i Dirty Dancing, czyli Wirujący seks. Moją pierwszą wielką fascynacją filmową stało się Przeminęło z wiatrem, ukochany melodramat mamy. A później było już własne odkrycie: Romeo i Julia Baza Luhrmanna. Pomyślałam: Jezus Maria, to tak można?. Odkryłam, że kino może być „pojechane”, odważne, intrygujące, a nie jak Dynastia i Moda na sukces. No i poszłam za ciosem.

Do Łodzi. Myślisz, że dzisiaj jeszcze ma znacznie, który wydział aktorski się wybierze?
Moim zdaniem, ciągle tak. Bo czy spotkanie z Małgorzatą Hajewską-Krzysztofik, Krzysztofem Globiszem, Anną Radwan, Romanem Garncarczykiem nie ma wpływu, kim się wychodzi ze szkoły i jakim staje aktorem? Ale, rzeczywiście, coraz więcej zależy od temperamentu i indywidualności studenta. Rok temu byłam w jury na festiwalu szkół teatralnych. Ci ludzi są teraz tak otwarci i odważni, że przestaje mieć znaczenie, skąd mają dyplom. To samo dotyczy reżyserów. Dzisiaj studenci Gdyńskiej Szkoły Filmowej prezentują etiudy w Cannes.

Ale dla aktora moment wyjścia ze szkoły wciąż jest trudny. Do kilku osób los się uśmiecha. Reszta nie może się nawet dostać na przyzwoity casting.

Absolutnie. Niby co jakiś czas słyszy się, że ktoś szuka młodych zdolnych ludzi. Ale żeby naprawdę się wybić, trzeba mieć dużo szczęścia. Zaliczyć strzał, gdy reżyser przyjdzie do szkoły i wybierze cię do filmu, pojechać do Gdyni, pozwolić się zauważyć. Coś takiego zdarza się może jednej osobie z roku. A przecież w każdym czerwcu z kilku głównych uczelni aktorskich wychodzi z dyplomem ok. 80 absolwentów. Nawet nie wiem, czy jest tyle miejsc w teatrach. Wykładowcy przestrzegają, że studenci są pod parasolem ochronnym, a później zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne. Tylko co z tego? I tak kończy się studia i zostaje z gorączką. Bo strasznie chce się pracować.


"Szatan kazał tańczyć", fot. Paweł Tkaczyk

Co dzisiaj robią twoi koledzy z roku?
Było nas osiemnaścioro. Większość została w zawodzie, jakoś sobie radzimy. Jeden chłopak całkowicie się przekwalifikował – został stewardem. Jest zadowolony, bo zawsze go to kręciło. Koleżanka została świetną logopedką, na skalę europejską. Ale, oczywiście, widziałam dramatyczne losy, ludzi trwoniących talent. Fantastycznych artystów, którzy siedzą na dupie i nic nie robią.

A kursy aktorskie? Jest ich multum. Produkują frustratów?

Ludziom się wydaje, że zostanie aktorem, aktorką, to łatwa droga do dobrych pieniędzy i przyjemnego życia. Chętnych jest wielu, a takie szkoły wyrastają jak grzyby po deszczu. Dyplomu po tym nie dostaniesz, angażu w teatrze też nie. To znowu zależy, co chcesz w przyszłości robić. Ostatnio zaimponowała mi decyzja Maćka Musiała. Zrezygnował ze wszystkiego, co do tej pory robił. Dostał się do szkoły krakowskiej i studiuje na pierwszy kroku. Młody chłopak, superpopularny. Mógłby brylować i trzepać kasę, ale chciał czegoś więcej.

Ciągle marzeniem aktora po szkole jest teatr?

Coraz częściej pojawiają się absolwenci, którzy w ogóle w tę stronę nie patrzą. Rozwijają się w kinie i są zadowoleni. I może na tym polega różnica między dawnymi czasami a współczesnością? Dzisiaj nie ma jednej drogi. Każdy może robić, co mu w duszy gra. Nie ma już presji, by grać w „Dziadach” i zabijać się o etat.

Niektórzy decydują się na angaż w teatrze prowincjonalnym.

To źle? Ja bym się tego nie bała. Pewien bardzo doświadczony aktor powiedział mi, że jego zdaniem po szkole powinno się trafić na prowincję. Tylko dobrą, jak Wałbrzych, Bydgoszcz, Opole, Zielona Góra. Tam przyjeżdżają wszyscy: Jan Klata, Maja Kleczewska, Wiktor Rubin. A w niewielkich zespołach jest co grać. Tylko trzeba uważać, by nie osiąść. Mówiąc brutalnie, wycisnąć, co się da, dać z siebie jak najwięcej i pójść dalej. Mnie też Klata ściągnął do Starego Teatru z Bydgoszczy.

A dlaczego dla ciebie było ważne, żeby grać na deskach?
Nie wiem, traktowałam to jako oczywistość. Teatr trzyma mnie w kondycji, uczy dyscypliny, pozwala się rozwijać. Spotykam tam wspaniałych reżyserów. I tak było od początku. Lata w Bydgoszczy przyniosły mi dużą dawkę umiejętności i wiedzy, dały szansę sprawdzenia się. A zarabiałam w Barwach szczęścia. Bo jak przyszła propozycja, nie ważyłam racji i nie zastanawiałam się, tylko cieszyłam się, że mam pracę. Dopiero po jakimś czasie musiałam zadać sobie pytanie, czy to jest to, co chcę robić.

Wtedy zrezygnowałaś?
Tak, po trzech latach. Świetnemu aktorowi, który już wypracował nazwisko, dobrze płatna rola w serialu niczego nie zepsuje – wszyscy wiedzą, co sobą reprezentuje Agata Kulesza. Ale dla młodej, początkującej w zawodzie osoby, tasiemiec może stać się pułapką. Ja po roku przestałam być zapraszana na castingi – wszyscy uważali mnie za Julkę z Barw szczęścia. Zdałam sobie sprawę, że zmienił się mój stosunek do zawodu. Nie chciało mi się. Wchodziłam na plan znudzona. Czekałam na scenę, odgrywałam ją i wracałam do domu. Byłoby mi obojętne, co gram i jak. Mało brakowało, a ta Julka okazałaby się moją jedyną rolą przed kamerą.

Jest też ten moment, kiedy kolega w knajpie pyta, co robisz. A ty możesz rzucić tylko tytuł serialu.

Mnie to zawstydzało. Nie oceniam innych, to kwestia moich osobistych ambicji. Ja miałam ze sobą wewnętrzny problem. Także dlatego zrezygnowałam. Tyle że właśnie kupiłam sobie mieszkanie na kredyt i nagle ciach. Została pensja 1300 złotych w Bydgoszczy.

I pusty dzień. Co się wtedy robi?

Dzwoni się do agentki, pisze maile, czeka. Przez pierwsze pół roku niepokojąco często myślałam, czy nie przeliczyłam się i nie popełniłam błędu. Słyszałam, że swoje w kozie muszę odsiedzieć. Od ruiny psychicznej uratował mnie teatr. Dzięki niemu nie oszalałam. A w końcu z odsieczą przyszedł Tomek Wasilewski z Płynącymi wieżowcami.

Razem robiliście Barwy szczęścia. On pisał scenariusz.

Ale wcale nie znaliśmy się z serialu. Tomek był asystentem Oli Koniecznej, która reżyserowała mój dyplom w szkole. Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, nie wiem dlaczego, postanowiłam właśnie jemu przekazać tę radosną nowinę. Był 2007 rok. Zaprzyjaźniliśmy się. Pamiętam, jak pojechaliśmy do Zakopanego i szlajając się po knajpach, snuliśmy plany, jak to będę grać w filmach w jego reżyserii. Potem zrobił W sypialni, gdzie nosiłam kable, parzyłam herbatkę i byłam jego asystentką. Ale w końcu udało się. W Płynących wieżowcach.

Łatwo się porozumieliście?

Bardzo łatwo. Zawsze interesowały nas podobne rejony wrażliwości i poruszały zbliżone filmy. Chcieliśmy eksplorować emocje, delikatne uczucia, portretować zranione kobiety.

W Zjednoczonych Stanach Miłości zagrałaś ofiarę przemocy seksualnej. Takie role wymagają zaufania?
Przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Tomek je zapewnia. Dla niego relacje ze współpracownikami są kluczowe. Niemal wymaga przyjaźni i bliskości, konflikty go spinają. Jego plany są intymne. Choć zmuszają do bezgranicznego oddania się projektowi. Ale warto.

Stałaś się „jego” aktorką.
Oboje wiemy, że jak nie będzie miał odpowiedniej roli, to nie stworzy jej na siłę. Prawo tego zawodu.

Z punktu widzenia aktorki, cieszysz się z boomu reżyserów urodzonych w latach 80.?
Oczywiście. Do kina wchodzą silne osobowości, ludzie świadomi języka filmowego, którzy wiedzą, w jaki sposób chcą opowiadać o współczesności. I nie zadowalają się smutnymi, łódzkimi historiami, ich wyobraźnia sięga dalej. Widzę w ich filmach wspólny rys. Niechęć do koloryzacji rzeczywistości, zakładania masek, odlewów z brązu. Pragnienie wwiercenia się w niewygodne tematy i badanie niesztampowych relacji. Oni mówią otwarcie: świat nie jest idealny. Grunt, żeby zdawać sobie z tego sprawę i uczciwie to pokazywać.

Coraz więcej też powstaje obrazów naszego pokolenia. "Płynące wieżowce", "Kamper", "Szatan kazał tańczyć". A z filmów, w których nie grałaś: "Wszystkie nieprzespane noce". Odnajdujesz w nich siebie?

Trochę tak. To bohaterowie naszych czasów. Przypomniał mi się izraelski film "In Between" o muzułmankach w Tel Avivie. Ktoś pyta bohaterkę, dlaczego tak kurczowo trzyma się zasad religijnych, a ona odpowiada: „Inaczej wszystko by się rozpadło”. No właśnie, ja jestem z "Kampera". Żyję w alternatywnej rzeczywistości, trochę rozbita, niepewna jutra. Sama zastanawiam się dlaczego. Może po prostu wolność nie jest łatwa, ale wierzę, że tylko ona może kształtować mnie jako człowieka świadomego i odpowiedzialnego.

Ale też rzeczywistość polskiej klasy kreatywnej jest niestabilna.

Nic dziwnego. Ona ciągle jest od czegoś zależna. Od ludzi, pieniędzy, instytucji. koniunktury na rynku. Mamy ten sam styl życia, co aktorzy, artyści, dziennikarze w Europie Zachodniej. Ale nawet różnice w cenach sprawiają, że ciągle czujemy się w przedsionku. To jest ekonomia: niższe stawki, mniejsze poczucie bezpieczeństwa, komfortu pracy i życia.

A mentalnie? Też jesteśmy w przedsionku, czy już w pełni w Europie?

Dla mnie to wciąż nieoczywiste. Należę do pierwszej generacji, która mogła w miarę swobodnie przekroczyć granice, wyjechać na wakacje na wycieczkę do Włoch. Ale każda podróż była wydarzeniem. I myślę, że tę dwuznaczność roczniki 80. mają w sobie. Dźwigamy bagaż minionej epoki, wciąż zadajemy sobie pytania: czy mogę to zrobić? Czy wypada? Czy mi się należy? Sztandarowe powiedzenie moich młodzieńczych lat brzmiało: nie wychylaj się. Bo lepiej stać w swoim rzędzie. A jednocześnie mamy w sobie powiew nowego czasu. Potrafimy czasem zacisnąć zęby, na coś się w życiu odważyć. Bo wiemy, że żyjemy w świecie, w którym trzeba „wychylać się”.

Młodsi o dekadę ludzie, których spotykasz w teatrze, są już inni?

Absolutnie. Oni uważają, że jak czegoś się chce, wystarczy po to sięgnąć. Nie ma rzeczy niemożliwych. Czasem denerwuje nas ta ich bezczelność marzeń i zachowania, ale ona jest fantastyczna. Imponuje mi, tak jak ich bezpośredniość w kontaktach.


"Zjednoczone Stany Miłości", materiały promocyjne

Dopiero co prezentowałaś film w Konkursie Głównym Berlinale. Tomasz Wasilewski, pozując po konferencji prasowej w błękitnej kurtce ze złotym wzorem, czuł się tam jak ryba w wodzie. Można być bardziej bezpośrednim?
Tomek tak potrafi. Zazdrościłam mu tej swobody. Ja w tym czasie stałam z boku, jak Cimcirimci z Gombrowicza. Spotkałam niedawno swoją profesor ze szkoły. Powiedziała: „Musisz bardziej wychodzić do przodu”. Nie wiem, czy to leży w moim charakterze. Zawsze marzyłam, żeby moją wizytówką była praca. Ale może z czasem osiągnę większy luz. Na razie potraktowałam Berlinale jak nasze święto. I też nie narzekałam.

Istnieje europejski rynek aktorski?

Powoli zaczyna się tworzyć. Moja agentka współpracuje ze studiami w całej Europie, coraz częściej przychodzą zaproszenia na skype’owe castingi. Cztery lata temu nikt nie nagrywał self tape’ów. Ja na razie się w tym ćwiczę, to zupełnie nowa umiejętność. Mój pierwszy materiał castingowy zrealizowany komórką w domu, okazał się kompletną amatorszczyzną. Oczywiście, ciągle przeszkodą pozostaje język. Strasznie zazdroszczę Weronice Rosati, że mówi perfekt po angielsku. Ludzie mówią: co ona tam zagrała? A ja myślę: proszę bardzo, jedź, człowieku. Zobacz, że to wcale nie jest takie proste. Przekonaj się, ile trzeba się nachodzić, żeby jakkolwiek przebić się w USA.

Może nie warto? Może lepiej zamiast walczyć o czwarty plan w amerykańskim serialu, tutaj zagrać kawałek kina.
Ja Weronikę szanuję, za konsekwencję. Okupiła swoje marzenie ciężką pracą. Powiedziała niedawno, że tam była na 40 castingach więcej niż w Polsce. Moje ambicje nigdy nie wybiegały za ocean. Natomiast z radością obserwuję, jak wzrasta zainteresowanie polskimi aktorami. Oscar dla Idy, sukcesy Gośki Szumowskiej, Tomka, sprawiają, że coraz więcej oczu zwraca się w naszą stronę. A mamy dobry czas w kinie.

Grałaś u Wasilewskiego, Łukasza Grzegorzka, Katarzyny Rosłaniec, w serialu Marka Lechkiego. Nie masz czasem potrzeby pracy z mistrzem starszego pokolenia?

Oczywiście, że bardzo bym chciała. Kiedyś marzyłam, żeby spotkać się z Andrzejem Żuławskim, artystą skrajnym, innym, ekscentrycznym. Mieliśmy z nim robić spektakl w Starym. Nie zdążył. Bardzo chciałabym zagrać u Agnieszki Holland. Jestem ciekawa, na jakich zasadach pracuje się z takim autorytetem. Imponuje mi siłą, uwielbiam takie kobiety: bezkompromisowe, ale i otwarte na innych. Spotkałam ją w Krakowie na ulicy, rzuciła: byłam u was w teatrze na „Kopciuszku”, świetne! I to jest taki człowiek. W czasie festiwalu, gdzie jest przewodniczącą jury, wstaje rano i idzie na 11.00, żeby obejrzeć spektakl Anny Smolar.

Mówiłaś, że trudno jest złapać swój łut szczęścia, wybić się. Jak się raz uda, później już idzie?

Żartujesz? Najgorsze w tym zawodzie jest, że dwa plus dwa nie równa się cztery. Nigdy nie ma się gwarancji. Zdarzają się duże wzloty, a po nich cisza. Ostatnio w jednym roku trafił mi się serial Pakt w HBO i cztery znaczące role. Wszyscy myślą, że mam wspaniały okres, bo te filmy dopiero teraz pojawiają się na ekranach. Ale ja od dwóch lat nie wyszłam na plan. To prawda, mniej chodziłam na castingi, kilka przegrałam. Ze dwie propozycje odrzuciłam, bo chciałam być konsekwentna wobec swoich decyzji, a miałam chwilowy komfort finansowy. I co? Czekam.

Można spokojnie spać, nie wiedząc czy telefon zadzwoni?
Z wiekiem to przychodzi. Przekonanie, że po prostu tak bywa. Nie panikuję. Czuję, że mimo wszystko coś osiągnęłam. Mam satysfakcję, choćby z Płynących wieżowców, po których poczułam się nieco pewniej. I zachowuję przekonanie, że wcześniej czy później ktoś się odezwie. Mam nadzieję, że wcześniej.

A boisz się hejtu w internecie?

Nie czytam. Bo jak się do niego odnosić? Przykro mi było, kiedy po Płynących wieżowcach dostawałam wiadomości „Jesteś zwykłą kurwą nie aktorką”. Oczywiście, że to boli. Bo czym sobie zasłużyłam? Dlaczego ktoś sobie na to pozwala? Ale z drugiej strony, takie „opinie” trudno traktować poważnie. Koleżanka przesłała mi komentarz internauty pod nagrodą Cybulskiego, że to decyzja polityczna, bo jestem przeciwna PiS-owi. Serio?

Powiedziałaś kiedyś w wywiadzie: „Najważniejsze w tej pracy to nie dać się skrzywdzić”.

Dbałość o równowagę i własne bezpieczeństwo psychiczne, jest istotne. Nie chciałabym miotać się od zdjęć do zdjęć. Pozwolić, by zawód dyktował mi rytm funkcjonowania, żeby decydował, jakim jestem człowiekiem. Żeby kolejne role wyznaczały horyzont marzeń. W ostatecznym rozrachunku codzienne życie jest równie fajne, co gra. A może i fajniejsze.

To o czym marzysz?
Żeby pojechać na fajne wakacje, czegoś doświadczyć, mieć dzieci, założyć dom. I z tym wszystkim w tle, spełniać się zawodowo.

A jakbyś zobaczyła młodą dziewczynę czekającą na egzamin na korytarzu Akademii Teatralnej, co byś jej powiedziała?
Odwagi. Będzie dobrze.

Krzysztof Kwiatkowski
"Magazyn Filmowy. Pismo SFP" 70, 2017
  17.03.2018
Zbigniew Wodecki: Rzuć to wszystko, co złe…
Mieczysław Kalenik. Na zawsze Zbyszko
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll