PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Widział więcej niż wszyscy, rozumiał złożoność ludzkich losów, nigdy nie moralizował, ale przez swą wielką wrażliwość stanowczo reagował na niesprawiedliwość i upodlanie człowieka.
Pożegnaliśmy Go 10 września 2017 roku w kościele środowisk twórczych przy placu Teatralnym w Warszawie, a 11 września został pochowany na Powązkach Wojskowych, obok grobów prof. Leszka Kołakowskiego, prof. Bronisława Geremka i Jacka Kuronia. Janusz Głowacki był wielkim pisarzem, mistrzem słowa, mistrzem ironii. Zwalista, potężna sylwetka, ogromne dłonie, a jednocześnie delikatność, subtelność, lekkie zawstydzenie, czasami duże zawstydzenie, ironiczny, filuterny uśmiech.

W swojej twórczości dochodził od absurdu do prawdy. Albo od prawdy do absurdu. Napisał scenariusze i dialogi do zaledwie kilku filmów fabularnych. Tak naprawdę, znaczenie mają tylko cztery dzieła, ale za to każde z nich wpisało się w historię polskiego kina i kilku pokoleń Polaków. Dialogi Głowackiego weszły do potocznego języka, mówimy na przykład: „Proszę państwa, w tak pięknych, i niepowtarzalnych okolicznościach przyrody, pozwoli pani, pozwoli pan…” , i być może nie pamiętamy już, że są to słowa wypowiedziane przez Jana Himilsbacha w "Rejsie" Marka Piwowskiego. Wcześniej autor „Wirówki nonsensu” napisał scenariusz i dialogi do Polowania na muchy Andrzeja Wajdy, a później do znakomitego filmu Janusza Morgensterna "Trzeba zabić tę miłość". Kilka lat temu powrócił do współpracy z Wajdą przy filmie "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Należy wspomnieć, że Głowacki był scenarzystą filmu dokumentalnego: "Psychodrama, czyli bajka o księciu i Kopciuszku wystawiona w zakładzie dla nieletnich dziewcząt w D" w reżyserii Piwowskiego. Dokument ten odegrał ważną rolę w życiu pisarza, zainspirował go bowiem do napisania słynnej sztuki teatralnej – „Kopciucha”.

"Rejs", fot.  Marek Nowicki/SF Tor/Filmoteka Narodowa


We wspomnieniach po śmierci Janusza Głowackiego czytamy m.in., że: „miał niesamowitą umiejętność skrótu. W jednym zdaniu potrafił zawrzeć coś, co znaczy dziesięć razy więcej. Potrafił zobaczyć więcej niż wszyscy” (Jerzy Iwaszkiewicz). Tak, to prawda: kilka zdań i wiadomo więcej o tamtej, słusznie minionej Polsce, i o współczesnej także, niż z najmądrzejszych nawet analiz politologów, socjologów i filozofów. Każda sylaba jest u Głowackiego ważna, każdy przecinek. Filmy według jego scenariuszy są coraz bardziej aktualne, nie chcą się zestarzeć. Śmieszne niesamowicie i straszne jednocześnie. Tylko Głowacki potrafił komentować rzeczywistość krótkim cięciem: w sposób ironiczny, pesymistyczny i optymistyczny naraz, w jednym zdaniu, w krótkim dialogu; potrafił ukłuć mocno, ale dowcipnie i inteligentnie. Tak, w jego twórczości było coś z Gogolowskiego: Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!

REJS W GÓRĘ RZEKI
„Obywatelu! Czarna flaga w dniu dzisiejszym oznacza całkowity zakaz kąpieli… Na wypadek nagłego skurczu, stosuj przepisy pierwszej pomocy… nie walcz z prądem… zachowaj siły i spokój… staraj się utrzymać na powierzchni… zawiadom ratownika w czepku z literą B. Nie kąp się na plaży niestrzeżonej – nikt nie zauważy twojego utonięcia. Uwaga, uwaga! Woda to żywioł niebezpieczny. Ratownik Karaś Kazimierz zgłosi się natychmiast na stanowisko… Powtarzam…”.

Komunikat powyższy, czytany znudzonym głosem przez Jerzego Karaszkiewicza rozpoczyna "Rejs". Szyderstwo z PRL-u, z ogłupienia, z ogólnego bełkotu i zidiocenia. Pytanie: czy gdybyśmy utonęli pośród „swoich”, pośród gawiedzi, czy nawet pośród życzliwych, bylibyśmy w sytuacji bez porównania bardziej komfortowej od tonącego niezauważenie? Nawet nie trzeba odpowiadać. Chwilę później Stanisław Tym i Jerzy Dobrowolski dostaną się na stateczek pasażerski o dźwięcznej nazwie „Dzierżyński” w sposób nielegalny, ale legalnie, bo „służbowo”, jak ten gość przed nimi, co to wszedł ze skrzynką. Nie o „skrzynkę” chodziło, tylko o to jedno słowo: „służbowo”. „Oni nas tutaj biorą – mówi Dobrowolski – za kogoś, kto miał przyjechać na statek służbowo”. Tym został zatem wzięty za kaowca rejsu, a prawdziwy kaowiec to był ktoś, kto był „ideolo”. Zaczął być traktowany przez kapitana statku jak Chlestakow w „Rewizorze” Gogola, stał się kimś ważnym dla tej dziwnej menażerii ludzkiej płynącej pod prąd rzeki, żeby przeżyć kilka przyjemnych chwil. Dodajmy, że w filmie statek nazywa się „Neptun” („Dzierżyński” nie przeszedłby przez cenzurę), a rejs w górę rzeki zaczyna się nie w Gdańsku, tylko w Toruniu.

"Rejs" powstał w 1970 roku, a był to czas pamiętny. W grudniowy, adwentowy wieczór pokazała się na ekranie telewizyjnym spikerka Jadwiga Piątkowska i zapowiedziała przemówienie nowego pierwszego sekretarza, Edwarda Gierka, który miał przewietrzyć kraj po latach gomułkowskiej duchoty. Gierek czytał z kartek (prompterów jeszcze nie było), a po wystąpieniu świeżo upieczonego wodza spikerka odwołała zapowiadany wcześniej program i zaprosiła do oglądania filmu Jana Rybkowskiego "Album polski". Rozpoczęła się gierkowska odwilż. W kinematografii pierwszym jej przejawem był "Rejs" Piwowskiego według scenariusza Głowackiego, zmasakrowany co prawda przez cenzurę, wyświetlany w małych kinach, zazwyczaj studyjnych, ale jeśli ktoś chciał, to dotarł na seans. Po raz pierwszy obejrzałem ten film sześć lat później, mniej więcej w tym samym czasie co "Człowieka z marmuru", "Iluminację" i "Barwy ochronne", był to bowiem okres, kiedy zacząłem chodzić na poważne filmy. Skończyło się bieganie na kolejne wersje przygód Winnetou produkcji zachodnioniemiecko-jugosłowiańsko-francuskiej. Rozpoczęło się poszukiwanie – przepraszam za patos – sensu życia i prawdy o rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. I tamten seans "Rejsu" w paskudnym kinie Studio pamiętam do dziś.
Towarzysz Eugeniusz Boczek pisał na łamach „Expressu Wieczornego”: „Zamiast osiągnąć satyryczno-humorystyczny obraz o określonej funkcji w zakresie terapii społecznej – co było chyba jedyną racją tego filmu – Piwowski i Głowacki zrealizowali coś, co ociera się o paszkwil. Nikną bowiem poddane krytyce pewne wynaturzenia życia nam współczesnego, natomiast narzuca się w sposób zbyt dosłowny portret pewnej zbiorowości – zbiorowości przekrojowej społeczeństwa – w której każdy z osobna i wszyscy razem stanowią grono głupców, imbecyli, oportunistów; zresztą określenia można by mnożyć...”. Ale towarzysz Boczek ich już dalej nie mnoży. Wiadomo jedno: Piwowski z Głowackim całościowo wypaczają.
Lech Pijanowski, który wszystkie opinie o "Rejsie" opublikował w miesięczniku „Kino” rok po jego premierze, sugeruje, że wielu krytyków tak naprawdę śmiało się na projekcji, ale na piśmie wili się jak „przydeptana glizda” (określenie Kisiela), bo przecież to taki chaotyczny, niezborny film, więc nie wypada powiedzieć, że dobry, no, najwyżej ciekawy, przełamujący schematy, dotykający niekonwencjonalnie ważnych problemów społecznych i tak dalej, i tak dalej... Najlepiej na te wszystkie zarzuty odpowiedział Krzysztof Mętrak, kpiąc niedwuznacznie z towarzysza Boczka. Tak zakończył swój felieton o "Rejsie": „Wyzyskanie schizofrenii zbiorowej dla potrzeb humoru jest dokonaniem, to oczywiście nie tak łatwo spostrzec, ale bo też – co może się wydać paradoksalne – jest to film dla inteligencji. Jego podstawową wartością jest dowcip słowny, a bawić się językiem potrafi naprawdę tylko inteligencja. Sprawdziło się to jak ulał w recenzjach: niektórzy z piszących są właśnie kaowcami naszej krytyki, jak więc mogą bawić się z parodii własnego języka? Najczęściej żyją więc sobie z boczku i znienacka wychylają gromiącą, nie znaną nikomu skądinąd głowę”. Mętrak miał rację, Głowacki jak nikt inny potrafił bawić się językiem. Jego patronami literackimi byli Izaak Babel i Antoni Czechow. Ale także polscy skamandryci; wyrósł w „oparach absurdu” Słonimskiego i Tuwima, którzy szydzili z polskiej bogoojczyźnianej głupoty i bawili się polszczyzną jak dzieci.
Rafał Marszałek pisał we „Współczesności”, że w Rejsie najbardziej zaciekawia satyryczny opis „(…) drętwoty wcale różnorodnej i załgania, które nas wszystkich od czasu do czasu mami i usidla. Na trochę wyższym piętrze odnajdujemy parodię kultury rozumianej jako dęty ceremoniał towarzyski z dobrych sfer przedwojennych w wykonaniu nieco gorszych sfer współczesnych. Na zebraniu organizacyjnym śpią wszyscy, ale takie zebranie to legitymacja wspólnoty, rytuał beztreściowy, (…) oswojony, jakby domowy”. Rejs – zdaniem Marszałka – jest jednym z nielicznych polskich filmów współ­czesnych, które „tkwią w atmosferze swojego czasu, w klimacie chwili bieżącej, w sposobie myślenia i portretowania dzisiejszej rzeczywistości”. W ten sposób autor nie używając skrótu „PRL” napisał właściwie wprost, że statek „Neptun” to chwiejąca się łajba, śmieszna i smutna jednocześnie, symbolizująca tamtą, dziwaczną Polskę. Sęk w tym, że patrząc dzisiaj na "Rejs" – owszem – śmieję się, jak dawniej, i okazuje się, że my jacyś ciągle podobni, tacy sami, tylko ta cholerna scenografia nieco inna, zmieniły się tylko dekoracje.


"Trzeba zabić tę miłość", fot. Jerzy Troszczyński/Filmoteka Narodowa

ABSURD, CZYLI PRAWDA
Miała zapewne rację Bożena Janicka, pisząc na łamach „Filmu”, że "Rejs" to świeżość, autentyzm i ostrość spojrzenia: „Autorzy dokonali wymuszenia na rzeczywistości. Zmusili absurd, żeby ujawnił się w całej okazałości, sprowokowali bzdurę, żeby ujawniła się w postaci czystej, niejako niezależnej od ludzi, chociaż tkwi w nich właśnie”. Absurd nie traci nigdy aktualności, poprzez absurd możemy dowiedzieć się o sobie najwięcej, absurd to droga do prawdy.
Janusz Głowacki uchwycił istotę fenomenu Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza, tych dwóch niepowtarzalnych osobowości polskiego kina. Pisząc o jednym, myślał o drugim, bo obaj mieli – jak mówił Głowacki – „poczucie poetyckości spraw”, wśród których się poruszają. Ich legendarny dialog o jakości polskiego filmu jest najlepszym dowodem, potwierdzającym tezę pisarza i scenarzysty.
Zaglądam do zapisków „Z głowy” Janusza Głowackiego i czytam: „Po kolaudacji <Rejsu> wymknęliśmy się, to znaczy Marek Piwowski i ja, z małej salki na tyłach kina Kultura, w której mieści się teraz kino Rejs, z głowami opuszczonymi”. Smutek reżysera i scenarzysty wynikał z tego, że zebrana elita warszawska odrzuciła ten obraz jako kompletnie nieudany. „Wszyscy zebrani się zgodzili, że >>Rejs<< to klęska. Był tylko problem, co z tą klęską zrobić. Ktoś zaproponował, żeby film pociąć na dziesięciominutowe kawałki i puszczać w telewizji po »Dzienniku«.(…). Po pisarzach i artystach film obejrzała władza, to znaczy wydział kultury KC, (…) i cenzura. I oni nas uratowali. Władza uznała, że film jest tak zły, że absolutnie należy go pokazać. Zatrzymanie byłoby poważnym błędem politycznym”. Nie urządzono oficjalnej premiery, a obraz puszczano po cichu, w bocznych kinach, w tzw. wąskim rozpowszechnianiu. Uważano, że i tak zdechnie śmiercią naturalną. Owszem, narzekano na szereg scen, na przykład Himilsbachowi ginie z talerza kiełbasa, co może być „nachalną aluzją do trudności na rynku mięsnym”. Krytycy narzekali na montaż filmu. „Nie mieli racji – pisze Głowacki – montaż był zabiegiem przemyślanym głęboko. W pokoju hotelowym we Wrocławiu, bo tam Marek film montował, położyliśmy na podłodze kilkadziesiąt kartek. Na każdej był napisany tytuł sceny. Na przykład: Bal, Rozmowa o filmie polskim, Piosenka zaangażowana”. Słowem, montaż aż do bólu profesjonalny. Koniec końców, obraz miał ogromny sukces u widzów. Głowacki: „Powodzenie filmu i władza, i artyści przyjęli ze smutkiem oraz goryczą. Społeczeństwo kolejny raz ich zawiodło”. Tylko Andrzej Wajda przyznał, że w pierwszej chwili w ocenie filmu się pomylił, ale po obejrzeniu "Rejsu" z tzw. normalną publicznością, zdanie swoje diametralnie zmienił.


Janusz Głowacki, fot. SFP

KOBIETA I MĘŻCZYZNA
Pierwszy swój scenariusz napisał Głowacki dla Andrzeja Wajdy. Zaadaptował własne opowiadanie „Polowanie na muchy”. Po latach Wajda tak napisał o swoim filmie: „Bez większego namysłu chwyciłem scenariusz Janusza Głowackiego i rozgoryczony chwilowymi niepowodzeniami postanowiłem rozprawić się z kobietami, które próbują kształtować nasze męskie życie. (…) Zabrakło mi dystansu do tematu i srogo musiałem za to zapłacić”. Zarówno Wajda, jaki i Głowacki początkowo nie lubili swojego filmu. Wajda do końca życia zachowywał do niego dystans, nawet wtedy, gdy "Polowanie…" zaczynało przeżywać swój renesans, podobnie zresztą jak "Niewinni czarodzieje". Wajda bardzo się temu dziwił, ale nie krył zadowolenia. Głowacki z biegiem czasu także zaczął patrzeć na "Polowanie…" życzliwiej niż zaraz po premierze. Przypominał, że film podobał się Zygmuntowi Kałużyńskiemu, który napisał słynną recenzję „Świat zatruty przez panie”. A wtedy – opowiadał Głowacki – „bohaterami filmów byli głównie żołnierze albo partyzanci, którzy jak się zbliżali do kobiet, to tylko uwodzicielsko kołysali granatami”. Powstał film o kobiecie – „wampirze”, diabolicznej modliszce, granej przez Małgorzatę Braunek, zaborczej, wykształconej, cynicznej, pysznej, egzaltowanej, czy raczej grającej swoją egzaltację. Z drugiej strony był to obraz słabego mężczyzny, Włodka (Zygmunt Malanowicz), sfrustrowanego inteligenta, upadłego emocjonalnie, w gruncie oportunisty, próbującego brak talentu i męskości rekompensować sobie udawaną erudycją, dającą poczucie wyższości nad innymi. Polowanie na muchy jest filmem wymierzonym – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – w „łajno glamuru”.

PIES, CZYLI CZŁOWIEK
Kilka lat później Janusz Morgenstern nakręcił "Trzeba zabić tę miłość". Obejrzałem ten film niedawno i twierdzę, że to jest dzieło znakomite, dopracowane w każdym kadrze, prześmiewcze i szydercze aż do bólu. Pazur Głowackiego można wyczuć w każdym zdaniu dialogów. W latach 70. film był odbierany jako metafora PRL-u, całkiem zresztą słusznie. Na przykład słynna scena z drewnianym barakiem. „Amerykańska rakieta leci w kosmos, a u nas – mówił Głowacki – wylatuje w powietrze barak z narodową flagą. A razem z nim giną dozorca baraku – Jan Himilsbach, który go okradał – i pies. Taka wersja Pana Wołodyjowskiego”. Cenzura atakowała. „Broniliśmy się, że to nie cała Polska leci w powietrze, bo jak dym opada, to widać bloki”. Jedynym uczciwym człowiekiem w tym filmie jest pies – powiadał scenarzysta. „Bo to film o kompromisach, a pies był bezkompromisowy. O, coś dla księdza. Z tego filmu wycięli kard. Stefana Wyszyńskiego. Morgenstern nakręcił dokumentalnie procesję Bożego Ciała w Warszawie i kardynała ciachnęli”.

KRWAWIENIE PO UKŁUCIU
Janusz Głowacki był człowiekiem bardzo wrażliwym i czułym. I może dlatego tak stanowczo reagował na łajdactwo, niesprawiedliwość, podłość ludzką, reagował zawsze, jak człowieka gnojono publicznie. Dlatego zresztą tak mocno zaangażował się w pisanie scenariusza o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy. I Wajda, i Janusz zdążyli zrealizować ten film w ostatniej chwili. Autor „Raportu Piłata” wiedział co to znaczy conradowskie – „krwawienie po ukłuciu”. Rozumiał złożoność ludzkich losów, bezradność, heroizm, strach, zwodnicze nadzieje, rozpaczliwe rozczarowania. Obawiał się tych wszystkich „grzeszników usprawiedliwionych przez wiarę” – dla których własna dziejowa doniosłość jest funkcją cudzego upadku. Głowacki nigdy nie moralizował, patrzył jedynie z wielką przenikliwością na świat i człowieka. „Ludzie się ludzcy” – ostrzega aresztowany Wałęsa swoją żonę. Janusz wymyślił tę frazę „Ludzie są ludzcy” na użytek filmu Wajdy, ale ona doskonale oddaje jak postrzegał świat i ludzi. Było to spojrzenie bardzo sceptyczne, ale nigdy fatalistyczne. Cnota sąsiaduje z grzechem, heroizm z bezmyślnym wymachiwaniem szabelką, mądry patriotyzm wypychany jest przez narodową tromtadrację, a rozsądek często przegrywa z jazgotliwym pustosłowiem.
Wajda i Głowacki nadawali na różnych falach wrażliwości artystycznej. Tym razem jednak połączenie romantyzmu z ironią, ciepłym i smutnym humorem, prześmiewczością i lekką złośliwością dało znakomite efekty. Z Wałęsy bowiem nie da się zrobić bohatera pomnikowego, jakakolwiek hagiografia byłaby śmieszna i nieprawdziwa. Poza tym, Głowacki jako mistrz dialogu, doskonale wyczuł stylistykę Wałęsy. Potrafił krótką sceną powiedzieć więcej o Polsce i Polakach, niż w długich elaboratach. Choćby ujęcie, gdy Wałęsę wywożą do Arłamowa, gdzie ma być internowany. Po drodze esbecki konwój natyka się na grupę chłopów. Lech chce do nich przemówić. Zdystansowany do świata oficer SB bez chwili wahania pozwala, i otwiera okno w samochodzie. Reakcja ludzi wstrząsa Wałęsą. „No, panie Lechu, nie tak łatwo rządzić Polakami” – zauważa cynicznie oficer.
A najważniejsze zdanie Wałęsy (Głowackiego) wypowiedziane w filmie? Do głodujących inteligentów: „Macie słuszną diagnozę, ale wszystko robicie do dupy. Albo jest się furmanem, albo koniem”.
Wiele pisano i mówiono o ironii Janusza Głowackiego, niewiele zaś o tonacji współczucia i pochylenia się nad losem drugiego człowieka, współobecnej w jego twórczości na zasadzie paradoksu z ironią, a nawet z szyderstwem. I to widać we wszystkich jego filmach, od kultowego "Rejsu" aż po "Wałęsę. Człowieka z nadziei".
Czekamy na piąty film według scenariusza Janusza Głowackiego (napisanego wespół z reżyserem Pawłem Pawlikowskim). Będzie to "Zimna wojna".












ks. Andrzej Luter
"Magazyn Filmowy. Pismo SFP" 74, 2017
  25.02.2018
Andrzej Blumenfeld: wykapany aktor
Domalewski: Nie miałem żadnych oczekiwań
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll