PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Filmy Andrzeja Barańskiego mają swoich wielkich miłośników. Celowo piszę „miłośników”, a nie fanów czy zwolenników, bo twórczość tego reżysera się kocha miłością wielką i odwzajemnioną. Barański jest osobny, niszowy, nierozpoznawalny publicznie, bo nie występuje w mediach. Jego filmy zazwyczaj bardzo kameralne nie zdobywają masowej publiczności, zresztą reżyser świadomie o nią nie walczy.
Filmy Andrzeja Barańskiego mają swoich wielkich miłośników. Celowo piszę „miłośników”, a nie fanów czy zwolenników, bo twórczość tego reżysera się kocha miłością wielką i odwzajemnioną. Barański jest osobny, niszowy, nierozpoznawalny publicznie, bo nie występuje w mediach. Jego filmy zazwyczaj bardzo kameralne nie zdobywają masowej publiczności, zresztą reżyser świadomie o nią nie walczy.

Pisarka Dorota Masłowska napisała we wstępie do znakomitego wywiadu-rzeki, przeprowadzonego z reżyserem przez Piotra Mareckiego, o geniuszu filmów Barańskiego, podkreślając ich „kompletną, prowokacyjną niespektakularność, pod którą kryje się piękne, niewymyślone, zbudowane z mgnień, drgnięć, mruknięć i mrugnięć kino. Odważne, bo niewdzięczące się do widza, pozbawione fajerwerków, łatwych kluczy, jego filmy kontemplują warstwę rzeczywistości nieatrakcyjną, pilśniową, której rozbuchana machina kina nie zwykła już czytać; rzeczy drobne, bezbarwne, żałosne, niezauważalne składają się w obrazy niemal dokumentalnie wiarygodne i wrażliwe”. Masłowska znakomicie uzasadniła swoją miłość do filmów Barańskiego.

Cechy charakterystyczne tej twórczości to wyciszenie, refleksyjność, medytacyjność, melancholia, nostalgiczność, sentymentalizm, ale zawsze ukryty jakby za mgłą, ciepło, wyrozumiałość dla człowieka, afirmacja życia. No i realizm, co do najmniejszych szczegółów. „Zależy mi na bezinteresownych szczegółach” – powiedział w jednym z wywiadów. Akcja większości jego filmów dzieje się na prowincji. Barański potrzebuje tych małych miasteczek, osad i wsi, dlatego – pisze Tadeusz Sobolewski –  że rzeczywistość jest w nich „rozrzedzona, życie toczy się wolniej. Lepiej widać stamtąd człowieka. Ograniczenia, jakie sobie narzuca, są pozorne – w mikrokosmosie można zobaczyć coś, co zostaje zagubione w skali makro”. „Takie ograniczenie jest rozszerzeniem” – uważa sam Barański. Mało kto w polskim kinie potrafi tak pięknie i głęboko połączyć prostotę codzienności, prostotę małych dramatów ludzkich, urastających niekiedy do wielkich tragedii, z ponadczasową refleksją filozoficzną, egzystencjalną, metafizyczną, zawartą w drobiazgu, w sekundach i minutach życia.

„Codzienność jest do tego stopnia uproszczona, że przestaje być banalna” –  twierdzi Barański. – „Świat widzimy w cząstkach, a każda cząstka pulsuje osobnym dramacikiem. Dramatem”. Barański nie chce w filmie szukać sztucznych spięć akcji, bo – jak mówi – szkoda mu na to czasu filmowego. „Będę nadal unikać akcji” – powtarza reżyser. – „Jej koszty własne są zbyt duże”.

Co więc pokazuje Barański w swoich filmach? Bardzo celnie opisał to „małe” wizjonerstwo reżysera krytyk Czesław Dondziłło. Oto na ekranie widzimy: „Koślawe brukowane uliczki, podwórka wychodzące w pole, porośnięte łopianem – wymarzone tereny zabaw chłopięcych; krzywe drewniane chlewiki, mieszkania z kaflowymi piecami, kuchnie z duchówkami, prywatne sklepiki, gdzie nabyć można mydło, powidło, i inne delikatesy”.

Pomyślałem, że czegoś mi w tym opisie krytyka brakuje. Tak, już wiem, brakuje mi peronów na małych stacyjkach kolejowych. Takich, jak w filmie "Nad rzeką, której nie ma" według prozy Stanisława Czycza. To na takich peronach chłopaki wyczekiwali w czasie wakacji na „dziewczyny z miasta”, które przyjeżdżały na letnisko, żeby wypocząć na prowincji. Znam to uczucie, bo przecież z takiej małej miejscowości o nazwie Widawa, między Łaskiem a Sieradzem się wywodzę. Znam również peron na stacji Chociw Łaski, dwa kilometry od Widawy. Oglądając film Barańskiego, widzę swoją młodość z tamtych lat. Należę do tych widzów, którzy uważają "Nad rzeką, której nie ma" za jedno z najważniejszych dzieł w historii polskiego kina. Wcale nie zdziwiłem się, że niedawno młody krytyk Piotr Czerkawski, odpowiadając na ankietę w związku ze sto dwudziestą rocznicą kina, umieścił ten właśnie obraz na szczycie swojej listy polskich filmów, obok "Niewinnych czarodziejów" Andrzeja Wajdy. Joanna Trzepiecińska, Marek Bukowski, Adrianna Biedrzyńska, Andrzej Mastalerz, Mirosław Baka, Tomasz Hudziec – wszystkie role nie do zapomnienia, ze specjalnym uwzględnieniem fenomenalnego – jak zawsze – epizodu Krystyny Feldman.

Barański w rozmowie z Mareckim powiedział, że cenił delikatność Czycza i jego dowcip. – „Łączyło nas małomiasteczkowe braterstwo – on urodził się koło Krzeszowic, ja w Pińczowie”. Odradzano mu ekranizacje prozy Czycza, uznając ją – pewnie nie bez racji – za skrajnie antyfilmową. Na szczęście reżyser nie uległ tym sugestiom, nie ustąpił. Wierność sobie to cecha jakże ważna dla prawdziwego artysty. I wygrał, choć to zwycięstwo widać dopiero po latach. Na początku film przyjmowano z dystansem, żeby nie powiedzieć – chłodem. Dzieło to jednak przetrwało zwycięsko próbę czasu. "Nad rzeką, której nie ma" staje się po latach obrazem kultowym dla kolejnego pokolenia poszukiwaczy „inności” w kinie. Na festiwalu w Gdyni w 1991 roku film dostał nagrodę za scenariusz. Jeden z członków komisji powiedział Barańskiemu, że podczas pokazu i dyskusji nie dostrzeżono w tym filmie nic specjalnego – „ot taka sobie wakacyjna opowiastka, których jest w kinie na kopy”. Złotych Lwów nie otrzymał wtedy żaden film. Barański nigdy zresztą tej nagrody nie dostał, za żaden swój film, i dopiero na czterdziestolecie gdyńskiego festiwalu krytycy postanowili przyznać mu specjalna nagrodę, czyli Platynową Taśmę za Całokształt Twórczości.

Barański opowiadał, że różnica między "Nad rzeką, której nie ma" a innymi jego filmami polegała na tym, że tym razem nie musiał „szukać obrazu świata w drobinkach, w kropli wody i wersalce”, tak jak choćby w "Kobiecie z prowincji" (według prozy Waldemara Siemińskiego), "Kramarzu" (według „Wspomnień wędrownego kramarza” Edwarda Kozieła), w późniejszym "Księstwie" na podstawie książek Zbigniewa Masternaka, czy nawet w "Dwóch księżycach" według prozy Marii Kuncewiczowej. Barański szukał zresztą inspiracji w bardzo zróżnicowanej literaturze. "Horror w Wesołych Bagniskach" nakręcił według prozy znanego i wybitnego pisarza Michała Choromańskiego, a scenariusz "Kawalerskiego życia na obczyźnie" oparł na „Życiorysie własnym robotnika” Jakuba Wojciechowskiego, nieznanego bliżej autora. Film "Tabu" powstał na podstawie powieści fińskiego pisarza Timo K. Mukka.

Stanisław Czycz zostawił nam świat już opisany, uchwycony. Barański: „Nie musiałem więc budować przestrzeni. Moje zadanie polegało na stworzeniu klimatu, który jest w książce, i który znałem z Pińczowa”. Okazuje się, że Pińczów niewiele różnił się od Widawy. Najważniejsza była jednak delikatność emanująca z opowiadania Czycza. Owszem, piło się dużo wina marki „Wino”, ale „nie było ani wulgaryzmów, ani złych myśli”. Barański ogląda rzeczywistość swoich młodych bohaterów przez „mgiełkę przemijania”. Tę właśnie mgiełkę widać w każdym jego filmie. A w "Nad rzeką, której nie ma" wyczuwalny jest ten nastrój w każdym niemal kadrze. Reżyser, idąc za Czyczem opisuje – jak sam mówi – „bardzo zwyczajny świat, dobrze znany świat, historyjki niezbyt albo zupełnie niezaskakujące, i może dlatego tak wciągające, i koniec końców wzruszające”.

Myślę, że właśnie ta niezwykła tonacja tego filmu pokonuje czas. Zmieniają się mody, gusta, upodobania, ale "Nad rzeką, której nie ma" przetrwa wszelkie burze kulturowe. Czycz napisał, a Barański zrealizował, wielki hymn „na cześć chłopaków, dziewczyn”, na cześć czasu młodości. I to dzisiaj zachwyca Piotra Czerkawskiego, który –  jako żywo – tamtych czasów nie może pamiętać. Zachwyca także mnie, słowem. "Nad rzeką, której nie ma" to obraz łączący pokolenia, zrozumiały dla wszystkich.

Barański kocha człowieka w jego drobiazgach, może inaczej: on afirmuje człowieczeństwo, pomimo ludzkich słabości i upadków. W czołówce filmu reżyser umieścił wiersz Andrzeja Bursy „Fiński nóż”, recytowany przez Marka Bukowskiego. Reżyser mówi: „Fiński nóż był przedmiotem pożądania. Świat przygody stawał otworem przed każdym, kto zdobył finkę”. Można było wtedy marzyć, a wiersz Bursy opowiada „o pożegnaniu z czasem władztwa finki w życiu chłopaka”. Czyli finka odchodzi w przeszłość, przemija, bo pojawia się dziewczyna. No, ale przecież od czasu do czasu „wraca nostalgia za wyprawą z fińskim nożem nad wielką rzekę”. Tylko, że już jej nie ma.

Ważne miejsce w twórczości Andrzeja Barańskiego zajmuje film "Parę osób, mały czas" o Mironie Białoszewskim i Jadwidze Stańczakowej. To nie jest film biograficzny, to zaledwie jakiś rok z życia poetów. Kawałki, strzępy życia. Reżyser opowiada Mareckiemu, że znowu zrealizował: „Takie mijanie czasu, a właściwie zapadanie się, przemijanie, wyciszanie. (…) Wymyśliłem swoistą architekturę, w której jest aspekt liryczny, muzyczny. Potem dodałem już tylko jednoscenowe znaki”. Konstrukcja filmu jest otwarta, wszystko, co się w nim dzieje jest – określenie reżysera – „bezwysiłkowe”. Ot, zwyczajne życie niezwyczajnych ludzi. Siłą tego filmu są także znakomite kreacje Krystyny Jandy i Andrzeja Hudziaka.

Andrzej Barański nie robił filmów antysystemowych. Nawet "Niech cię odleci mara" to nie był film polityczny, a raczej obraz czasów ostatecznych porządków. Oto wszystko już posprzątano, ale ludzie przetrwali. Barański przypomina w rozmowie z Mareckim historię wysiedleńca z Poznańskiego, który w jego rodzinnym domu w Pińczowie wynajmował lokal na sklep. „Chrześcijański handel żelazem” – głosił szyld. W czasach stalinowskich zabrali mu nawet ten szyld. Gwoździe jęczały, ale przecież żyć trzeba było dalej. Każdy film Barańskiego opowiada o zwyczajnym losie człowieka, losie wpisanym w historię, którą jakoś trzeba przeżyć. „Myślę, że zawsze robię filmy w intencji prostych ludzi” – powiada twórca "Nad rzeką, której nie ma". Dobrze, że jest. Bez niego bowiem panorama polskiego kina byłaby o wiele uboższa.


ks. Andrzej Luter
Magazyn Filmowy SFP nr 1/2016
  16.04.2017
fot. Małgorzata Mikołajczyk/SFP
Swoich nie znacie: Zorika Zarzycka
Jego kamera była jak mikroskop. Irene Jacob w rozmowie o Kieślowskim.
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll