PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
NIEPODLEGŁOŚĆ
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
Niepodległość
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Bohdan Łazuka przypomniał na Festiwalu Filmowym w Gdyni, że Tadeusz Chmielewski zawsze miał ksywę: polski Billy Wilder. „A do dlatego – dodał aktor – że robił filmy nie komiczne, ale śmieszne. Bo jeżeli film jest komiczny, to nie jest śmieszny. W komedii jak się nie ma poczucia humoru, to jak mówiła moja profesorka: Weź czapkę i wyjdź!”. Łazuka ma rację. Chmielewski, tegoroczny laureat Platynowych Lwów, był mistrzem komedii zdystansowanej, inteligentnej, szyderczej, prześmiewczej, ale zawsze ciepłej, nigdy napastliwej. Nie znajdziemy w jego komediach, nawet w zwariowanym jak "Jak rozpętałem drugą wojnę światową", nieustannie powtarzanym przez telewizję, żadnego prymitywnego skeczu. Jego filmy wywołują salwy mądrego śmiechu, a nie prostackiego rechotu.
„Mój punkt widzenia zmienił się diametralnie, gdy w szkole pojawiły się kopie komedii francuskich z legendarnymi już dziś "Pod dachami Paryża"René Claira"Wakacjami Pana Hulot"Jacquesa Tatiego na czele” – wspominał w rozmowie z Andrzejem Bukowieckim dla poprzedniego numeru „Magazynu Filmowego”. Wpływ wymienionych mistrzów widać już w jego debiutanckim filmie "Ewa chce spać". Nakręcony w 1958 roku obraz przyniósł Chmielewskiemu, początkującemu reżyserowi,  uznanie i popularność. "Ewa chce spać" to być może najlepsza polska komedia w dziejach naszej kinematografii. „Postanowiłem udawać wariata i nakręcić bajkę” – wspomina reżyser. No i powstała bajka ponadczasowa, która okazała się świetną satyrą nie tylko na PRL. Wystarczy zmienić trochę scenografię i oto mamy współczesną komedię. A może nawet nie trzeba zmieniać scenografii, prawdziwa sztuka nie potrzebuje bowiem retuszy, jest zawsze aktualna. Bożena Janicka napisała w „Kinie” (nr 9/2015), że z perspektywy ponad półwiecza od powstania filmu widać to doskonale: „To ono samo, półwiecze, a właściwie bieg czasu zmienił ten film (…) w swego rodzaju obiekt magiczny. W rzadkich przypadkach twórca filmu staje się bowiem czymś więcej niż artystą: jest magiem”. "Ewa chce spać" wywołuje śmiech, w momentach „gdy ktoś inny jadowicie by oskarżał, ciepły uśmiech, gdy ktoś inny by ironizował. (…) Ewa… nadal bawi, cieszy i ogrzewa serca widzów, chociaż tamtego świata już nie ma”. Ale jest nowy świat, też śmieszny i irytujący, w którym komedia Chmielewskiego nabiera nowych znaczeń.

W podobnym stylu nakręcił kolejny swój film. Był to "Walet pikowy". Feeria zwariowanych gagów i dowcipów oraz parodia slapsticków Macka Sennetta. Potem Chmielewski zrealizował szaloną komedię wojenną "Gdzie jest generał…" z Elżbietą Czyżewską i Jerzym Turkiem w rolach głównych. Reżyser zyskał wówczas, jak najbardziej zasłużenie, miano najwybitniejszego twórcy komediowego.  Niedocenione przez krytyków "Pieczone gołąbki" potwierdzają – z perspektywy czasu widać to wyraźniej – że tegoroczny laureat Platynowych Lwów był i jest mistrzem „realistycznego surrealizmu”, co zresztą potwierdził swoim wystąpieniem na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni, podczas odbierania rzeczonej nagrody. 


Fot. Borys Skrzyński/SFP

"Nie lubię poniedziałku" pozostanie na zawsze jedną z najlepszych komedii pomyłek, doskonale nawiązującą w stylistyce do dzieł Jacquesa Tatiego. Luźna fabuła układa się w portret Warszawy i warszawiaków na początku dekady gierkowskiej. Absurd goni absurd, wszystkiego brakuje, ludzie maszerują z rolkami papieru toaletowego na szyi jak z trofeami, albo ozdobnymi koralami, mleczarze roznoszą mleko w blokach mieszkalnych i nie mogą doliczyć się butelek, zablokowana winda nie pozwala dotrzeć na umówione spotkanie z delegacją międzynarodową, szkołę zamykają bez uprzedzenia, bo pojawiła się ni stąd ni zowąd epidemia różyczki, manko w biurze matrymonialnym, budowlańcy zamiast budować, odpoczywają w towarzystwie stosownych napojów, telewizja nadaje propagandowe kawałki, a pijany piosenkarz maszeruje wzdłuż torów tramwajowych. Ale jakoś wszystko się kręci, nawet otwierają nową tysiąclatkę. Dominuje w tej uroczej komedii perwersyjna wręcz miłość do stolicy. O kulisach jej realizacji Chmielewski opowiadał podczas festiwalu w Gdyni: „Otóż to jest film, którego nie chciałem robić. W ogóle byłem wściekły, że muszę go robić. Mogę tylko powiedzieć młodym widzom, że tak filmów nie należy robić. Otóż skończyłem "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" i byłem uradowany, że po półtora roku bardzo, bardzo ciężkiej pracy sobie odpocznę i zrobię w domu remont. Na drugi dzień dzwoni telefon. To był Jerzy Kawalerowicz:
– Tadeusz, przyjeżdżaj jutro. Mamy nowego ministra.
Odpowiadam:
– No to co?
– On chce się z nami wszystkimi spotkać z branży filmowej.

Ponieważ zespół Kawalerowicza był pierwszy, więc jako pierwsi musieliśmy tam jechać. Poszedłem do Zespołu i pytam, co mamy mówić. Kawalerowicz mówi:
– Jako Zespół będziemy prezentować nasze nowe projekty.
– Ale ja niczego nie mam – odpowiadam.
– No to wymyśl!
Na drugi dzień pojechaliśmy do nowego ministra. Przerażony uciekłem na koniec kolejki, żeby przez ten czas, kiedy moi koledzy będą opowiadali o swoich projektach, móc coś wymyślić. No i nic do głowy nie przychodzi. W końcu podchodzę do ministra:
– A co pan będzie robił?
– No ja mam taki pomysł, ale nic chyba z tego nie wyjdzie.
– Ale niech pan powie!
– Widziałem taki japoński film, gdzie nie było żadnego bohatera, tylko od początku kamera wyłapywała takie małe drobiazgi. Minister na to:
– To jest ciekawe, ciekawe. Widziałem wczoraj pana film. Bardzo mi się podobał. Pan musi zrobić ten nowy film.
Na drugi dzień telefon:
– Scenariusz został zatwierdzony.
– Jaki scenariusz? O czym?
– No mówiłeś o jakiejś historii, o ludziach, którą chcesz robić.
– Ja nie chcę robić żadnego filmu. Chcę odpocząć przynajmniej rok czasu.
Dwa dni później kolejny telefon:
– Są pieniądze.
– Na co są pieniądze?
– Na scenariusz.
– Ale ja nic nie mam.
– To siedź i twórz! Coś wymyślisz!

No i zacząłem kombinować. A że pieniądze już były, nie można było zrezygnować. Wychodziłem na miasto z Mieczysławem Jahodą i szukałem, szukałem… Najpierw na budowie, bo tam się zawsze coś fajnego dzieje. No, ale na budowie nędza. I w ten sposób powstawał film, który nie miał żadnej akcji. Chodziliśmy i szukaliśmy jak wariaci rzeczy śmiesznych. A później się tkało, tkało i tkało”.
 
To opowiadanie doskonale oddaje absurd tamtych czasów, czasami strasznych, a czasami śmiesznych i zupełnie niegroźnych.

Tadeusz Chmielewski postanowił w latach siedemdziesiątych odmienić swój wizerunek. Od dłuższego czasu zamierzał zaadaptować "Wierną rzekę" Stefana Żeromskiego. Film o powstaniu styczniowym był w rzeczywistości PRL-u bardzo trudny do zrealizowania. Żeromski w swojej powieści nie oszczędzał przecież Rosjan. W końcu na fali solidarnościowego karnawału w 1980 roku udało się film zrealizować. Wkrótce jednak wprowadzono stan wojenny i "Wierna rzeka" stała się na kilka lat „półkownikiem”. 

Na deser zostawiam najwybitniejszy film Chmielewskiego. To wyreżyserowany w 1978 roku przejmujący kryminał, a właściwie thriller psychologiczny "Wśród nocnej ciszy". Scenariusz powstał na podstawie książki „Śledztwo prowadzi radca Heumann” Ladislava Fuksa. Uważam, że jest to najlepszy polski film kryminalny w dziejach naszej kinematografii. Absolutnie perfekcyjny, jest w nim wszystko: niezwykła intryga, napięcie, atmosfera grozy, zaszczucia, i w końcu niespodziewany finał zwalający widza na kolana, albo wciskający w fotel, jak kto chce. Mistrzowski suspens. Wiarygodność psychologiczna bohaterów filmu, pozwala uwierzyć w dramat dziejący się na naszych oczach. Jeden z młodych krytyków, który niedawno obejrzał ten film po raz pierwszy, napisał, że może on „bez żenady stawać w jednym szeregu z takimi gigantami, jak: "Siedem", "Harry Angel" czy "Rzekatajemnic”. A ja dodam, że wytrzymuje porównanie z największymi dokonaniami Alfreda Hitchcocka. To jest po prostu arcydzieło, i aż dziw bierze, że nie zostało do tej pory odrestaurowane.

Cieszmy się zatem filmami Tadeusza Chmielewskiego, który zawsze miał szacunek dla widza. I pamiętajmy, że oprócz uroczej wojennej farsy o pechowym i przebiegłym szeregowcu Franku Dolasie, zrealizował także najlepszą polską komedię ("Ewa chce spać") i najlepszy polski kryminał ("Wśród nocnej ciszy"). Moja opinia jest subiektywna, ale myślę, że znajdę wielu zwolenników.


ks. Andrzej Luter
Magazyn Filmowy SFP, 50/2015
  19.12.2015
fot. Borys Skrzyński/SFP
Dać widzom trochę radości - rozmowa z Tadeuszem Chmielewskim
„Pamiętasz, była jesień…” z muzyką Lucjana Kaszyckiego
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll