PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BAZA WIEDZY
PIŚMIENNICTWO
Po Małej Ziemiańskiej nie został żaden ślad, nie ma nawet murowanej tabliczki zaświadczającej, że kiedyś to miejsce naprawdę istniało. Ale to byłoby jeszcze do zniesienia, bo istnieje pamięć i literatura.
Przykro robi się dopiero, kiedy człowiek usiłuje znaleźć na mapie dzisiejszej Warszawy miejsce, w którym Franz Fiszer grał w kości z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim – o duszę poety. Ulica Mazowiecka w Warszawie w piątkowy i sobotni - a tak naprawdę w każdy - wieczór tygodnia wygląda przygnębiająco. Tam, gdzie kiedyś stała Mała Ziemiańska (druga obok Pikadora kawiarnia „zajęta” przez Skamandrytów), pod numerem 12, dziś pręży się lansiarski lokal dla nuworyszy, którego nazwy nie warto nawet wymieniać. Mazowiecka to dziś miejsce zakazane dla kulturalnych ludzi – pełne taksówek z przekręconymi licznikami; dziewczyn, które mają amsterdamskie stawki, klubów na oko gangsterskich i limuzyn wynajętych na wieczory  kawalerskie. Ulica bezdennej pustoty.

Owszem, to, że pijany w sztok Gałczyński w tym samym miejscu osiemdziesiąt lat wcześniej kładł przed jadącą dorożką swój płaszcz, „żeby było jej wygodniej przejechać”, wzbudzało oburzenie ówczesnej mieszczańskiej Warszawy. Biorąc wszakże  pod uwagę upływ czasu, można ze stuprocentową pewnością założyć, że lokali przy dzisiejszej ulicy Mazowieckiej szlachetna patyna nie chwyci.

Lechoń, Gałczyński, Fiszer


"Mała Ziemiańska" nie była wcale taka mała. Była długa, dwupiętrowa, mieściło się w niej kilkadziesiąt osób. Właściwe od razu, zaraz po otwarciu w 1918 roku, bez wyraźnego powodu lokal stał się jednym z najważniejszych miejsc spotkań polskich artystów, intelektualistów i profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy wpadali w przerwach między zajęciami i czasami zostawali na kilka dni. Być może lokal ten dlatego stał się tak ważny, że był jednym z pierwszych otwartych po odzyskaniu niepodległości. W kawiarni szybko powstały „stoliki” i nawet nie chodzi o to, że tworzyły się  nieformalne grupy, nie ma co mitologizować – po prostu Słonimski lubił pić z Gałczyńskim i Fiszerem, Lechoń z Lutosławskim i Wierzyńskim, a Gombrowicz ze wszystkimi oprócz Andrzejewskiego, którym pogardzał za fanatyczny katolicyzm i niechęć do „Ferdydurke”. Ale to było już pod koniec, w 1938 roku.

W tym czasie, przez dwadzieścia lat obecności na gastronomiczno-kulturalnej mapie wolnej Warszawy, "Mała Ziemiańska" gładko przeszła do literatury (w wierszach Lechonia, Słonimskiego i Gałczyńskiego), a później nawet do muzyki rozrywkowej, kiedy zaśpiewany przez Kult Kazika Staszewskiego wiersz „Śmierć Poety” autorstwa K.I.G., stał się radiowym hitem. To było w drugiej połowie lat 90. Tekst opisuje bezeceństwa poety i ci, którzy chcą się dopatrywać w podmiocie lirycznym zachowań autora, w żadnej literackiej pułapce nie ugrzęzną. Gałczyński odstawiał w "Ziemiańskiej" sceny dantejskie (później Czesław Miłosz nazwie wpływ alkoholu na twórcę Teatrzyku Zielona Gęś – halucynogennym). Bo i faktycznie, wpadały Gałczyńskiemu do głowy pomysły szatańskie. Kiedyś, po kolejnej porażce o duszę z Fiszerem, ukradkiem wślizgnął się pod stół, żeby zmierzyć słynnemu warszawskiemu bywalcowi obwód brzucha. Wykłócał się kilka minut wcześniej z filigranowym Lechoniem, twierdząc że ten jest „krótszy niż pas Fiszera”. W końcu się założyli i trzeba było to jakoś rozstrzygnąć. Kiedy szanowany przyjaciel artystów zorientował się, że jest mierzony, już widział przed sobą głowę Gałczyńskiego, która spod stołu tłumaczyła się z incydentu, wykrzykując: „Bo pan jest Gi-gan-ty-czny! Gi-gan-ty-czny!”. Fiszer ważył ponad 150 kilogramów, to fakt.

Gombrowicz, Miłosz, Wierzyński

Gombrowicz bywał, ale patrzył z boku, z odrazą i wyższością. Nie był wielbiony (w jednym miejscu gromadziło się zbyt wiele wybitnych osobowości), więc cierpiał. Dobrze, że nie dożył do Nobla dla Miłosza, tego młokosa, którego czasami widywał w "Małej Ziemiańskiej", bo mógłby to ciężko odchorować. Podobno pod koniec życia Gombrowicz każdej jesieni czekał  w napięciu na telefon ze Sztokholmu, który – jak wiemy – miał nigdy nie zadzwonić.

W "Małej Ziemiańskiej" pito dużo. Na tyle, że podobno niektórzy biesiadnicy nie zauważyli, iż Kazimierz Wierzyński, zniknął na kilka miesięcy. „Nie było cię? A gdzie byłeś?” – pytali później, kiedy wrócił rozgorączkowany opowiedzieć o tym, jak na czas wojny polsko-bolszewickiej pracował w biurze naczelnego dowództwa. 

W kawiarni często przesiadywały siostry Kossakówny: Maria i Magdalena. Pijany Gałczyński czołgał się u ich stóp i oświadczał obydwu na raz. Napisał nawet list do Piłsudskiego, że popełni samobójstwo, jeśli ten nie uchyli – tylko dla niego – prawa zakazującego bigamii. Według pamiętników jednej z sióstr Kossak, Gombrowicz „dając kroka” nad leżącym Gałczyńskim miał powiedzieć: „Do Drohobycza go, tam takich na pęczki”. Było to oczywiste nawiązanie do Brunona Schulza, który na erotycznych, sadomasochistycznych rysunkach „Xięgi bałwochwalczej” przedstawił sceny, które na żywo można było zobaczyć w "Małej Ziemiańskiej".

Boy, Kisielewski, dintojra


W kawiarni tworzyły się też stoliki polityczne. Przy jednym z nich siedzieli: młody kompozytor, krytyk i literat Stefan Kisielewski, który kłócił się o kwestie równouprawnienia kobiet z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim. To była już druga połowa lat 30. Czas „instytucjonalizacji” stolików kawiarnianych. Każda grupa pisarzy posiadała własne „sektory”, do których przynależność dyktowały sukcesy literackie – na samym dole tej hierarchii znajdowali się początkujący studenci, a na górze byli pisarze o ugruntowanych nazwiskach.

Środowisko Skamandra i ich przyjaciół – w tym Franciszek Fiszer – zajmowało w Ziemiańskiej miejsce szczególne. Było nim słynne „półpięterko” – nazywane złośliwie przez Kazimierza Wierzyńskiego, „dintojrą literacką”. Tam bowiem miały być ferowane wyroki i tworzone literackie kariery. Jak również łamane. 


Marek Łuszczyna
Magazyn Filmowy SFP 32/2014
  23.09.2014
fot. Kuba Kiljan / Kuźnia zdjęć
Jerzy Płażewski: On naprawdę kochał kino
Poza ekranem, czyli księgozbiór polskiej branży filmowej
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2021
Scroll