PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Z producentkami Magdaleną Kamińską i Agatą Szymańską rozmawia Ola Salwa
Ola Salwa: Balapolis to fuzja dwóch waszych firm producenckich: Balabusta Magdaleny Kamińskiej i Filmpolis Agaty Szymańskiej. Nazwę ładnie dało się połączyć, a jak było z całą resztą?
Agata Szymańska: My się po prostu lubimy. I lubimy spędzać ze sobą czas.
Magdalena Kamińska: Tak.

A wizja kina, które chcecie produkować też jest wspólna?
M.K.: Spotykamy się w pół drogi.
A.S.: Zaczęło się od Adriana Panka.
M.K.: Trzy lata temu rozmawiałyśmy o tym, z kim w Polsce chciałybyśmy zrobić film. Jednomyślnie wybrałyśmy Adriana, zaproponowałyśmy mu współpracę jako duet, przyjął nas.
A.S.: Czekamy na wyniki sesji w PISF. Zdjęcia do "Wilkołaka" planujemy na wiosnę.

Wcześniej wyprodukowałyście "Walsera" Zbigniewa Libery oraz pracowałyście przy filmach Kuby Czekaja – będącego na etapie postprodukcji "Królewicza Olch" (jako kierowniczki produkcji, bo producentem tutaj jest Studio Munka) i "Baby Bump" (jako producentki), którego scenariusz zakwalifikował się do prestiżowego programu College Cinema na festiwalu w Wenecji, gdzie dostał grant 150 tys. euro na produkcję. Jak doszło do współpracy z Czekajem?
A.S.: Znamy się wszyscy ze szkoły filmowej w Katowicach. Wprawdzie nie robiliśmy wcześniej wspólnej etiudy, ale zawsze się lubiliśmy i wiedzieliśmy o sobie nawzajem, że jesteśmy ambitni i mamy podobne oczekiwania oraz wymagania względem filmu. Do tego nasze etiudy wyróżniały się i Kuba po prostu nam zaproponował, żebyśmy złożyli wspólnie aplikację do Wenecji. I co w tym wszystkim jest chyba najważniejsze, od tego momentu – my producentki – stoimy na równi z reżyserem.
M.K.: Od razu to powiedziano nam w College Cinema w Wenecji, że bycie producentem to nie jest praca na czyjś sukces. Tam też się walczy ze stereotypowym myśleniem, że producent to jest ktoś, kto załatwia pieniądze. Szczególnie, że tam pieniądze już były. W takim razie po co my jesteśmy? Byłam zdumiona tym, jak oni już przedstawiając sobie uczestników kierowali do reżysera przesłanie: „Bez nich ciebie nie ma, a ich bez ciebie”. Taka relacja partnerska była i jest dla nas uskrzydlająca.

A konieczność nakręcenia filmu za 600 tys. złotych w dziewięć miesięcy?
M.K.: Z perspektywy czasu widzę, że to było szaleństwo, wielka odpowiedzialność i ogromna mobilizacja.
A.S.: Wszystko się udało, dzięki tak zwanej „magii projektu”, czyli poza samym scenariuszem były to okoliczności: grant, krótki okres produkcji i gwarantowana premiera na festiwalu w Wenecji. Ale to nie są standardowe warunki pracy. Miałyśmy budżet ok. pół miliona złotych, co nas stawiało w sytuacji proszącego i dłużnika.
M.K.: Ekipa pracowała za godne, ale bardzo małe stawki.
A.S.: My z Kubą zrzekliśmy się honorariów na rzecz filmu.
M.K.: Myślę, że w takim systemie można pracować, jeśli się jest przygotowanym na tak mały budżet i krótki okres produkcji, bo jeśli miałby się on rozwlec do trzech lat, to jest to niemożliwe. I, co najważniejsze, scenariusz musi być realizowalny w takich warunkach. W przypadku "Baby Bump" nie widać, że to jest film zrobiony za pół miliona złotych, tak zwana production value jest dużo wyższa.
A.S.: Jest sporo lokacji, aktorów, świat ekranowy jest w pełni wykreowany. To nie jest mały realizm z dwoma aktorkami w pokoju.
M.K.: Potrzebna jest też ogromna dyscyplina.

Jak to wyglądało w praktyce?
A.S.: Mieliśmy dwadzieścia dni zdjęciowych, dwa miesiące montażu, miesiąc udźwiękowienia. To zupełnie inne warunki pracy, nie mówię tu tylko o kosztach. To narzuciło dyscyplinę, bo film po prostu musiał być gotowy na początek września, taki warunek postawił nam College Cinema. Poczucie, że na końcu czeka nagroda – premiera na festiwalu – był nieprawdopodobnie stymulujący. Nie wiem, jak bez tego dałoby się zmusić twórcę, żeby zmieścił się z postprodukcją w trzy miesiące.
M.K.: Pieniądze dają luksus odpoczynku od materiału, ale jednocześnie rozwlekają produkcję.
A.S.: Czy myślisz, że nasz film byłby lepszy, gdybyśmy mieli więcej czasu?
M.K.: Gdybyśmy miały więcej czasu, projekt byłby trochę inaczej wymyślony…
A.S.: A ja myślę, że w takich warunkach i za taki budżet film wyszedł najlepiej jak mógł.
M.K.: Oczywiście po premierze twórcy znajdą mnóstwo rzeczy, które można poprawić…
A.S.: Chciałabym wyjaśnić jeszcze, że nie pracowałyśmy w tych warunkach tylko dlatego, że jesteśmy młode, entuzjastyczne i mamy, mówiąc kolokwialnie – „podjarkę” z takiej pracy. Robimy film, który jest nie tylko Kuby, ale też nasz. Czułyśmy, że jesteśmy zespołem i walczymy o wspólną sprawę.


Fot. Łukasz Bąk, "Baby bump" reż. Kuba Czekaj
 
Czy taki tryb działania: krótki okres produkcji i mikrobudżet jest waszym zdaniem możliwy do utrzymania? Albo wdrożenia na stałe?
M.K.: W Polsce byłaby to kwestia wprowadzenia kultury filmu niskobudżetowego, który nie byłby jednocześnie filmem studenckim. Być może "Baby Bump" będzie dobrym przykładem dla PISF i powstanie oddzielny program dla tego typu filmów.
A.S.: Były takie próby podejmowane przez Sekcję Młodych Producentów KIPA. Chcieliśmy przekonać panią dyrektor Agnieszkę Odorowicz do tego rodzaju programu (zamiast grantu), który byłby na zasadach podobnych, co Nagroda Filmowa, przyznawana twórcom z pola sztuk wizualnych. Niestety, te rozmowy się nie powiodły, nie z powodu niechęci samej pani dyrektor, tylko – o ile pamiętam – chodziło o procedury.
 
Nagrodę Filmową otrzymał między innymi Zbigniew Libera, z którym zrobiłyście "Walsera".
A.S.: I wtedy nam się wydawało, że mamy malutki budżet i to jest nie do zrobienia, mimo że oprócz grantu zdobyłyśmy pieniądze z Instytutu Adama Mickiewicza i Narodowego Centrum Kultury. Stanęłyśmy na głowie, żeby zamknąć ten film.
M.K.: Przy takich warunkach pracy są jeszcze dwie ważne rzeczy: zespół, który jest gotowy w takiej formule pracować oraz ustalenie warunków współpracy na początku. Na przykład, że nie pracujemy więcej niż dwanaście godzin, bo nie ma środków na zapłacenie nadgodzin.

Przy takiej mobilizacji ważne jest też zaufanie i porozumienie na linii producent i reżyser. Fakt, że stoicie, jak mówicie, na równi ułatwia sprawę?
A.S.: To jest kwestia ustalenia pryncypiów na początku. Od początku brałyśmy udział w podejmowaniu każdej decyzji. Potem miałyśmy niewdzięczną rolę stania na straży budżetu (tu przede wszystkim sprawdziła się nasza świetna kierowniczka produkcji Gośka Wala). Z jednej strony musiałyśmy pilnować, żeby go nie przekroczyć, a z drugiej walczyłyśmy o jakość.
M.K.: Dzięki temu, że znałyśmy scenariusz i wiedziałyśmy, co pewne jego elementy znaczą dla autora, wiedziałyśmy co jest mniej ważne i z czego można zrezygnować. Z drugiej strony Kuba, który ma dość dużą „świadomość produkcyjną” znał nasze ograniczenia.
 
A teraz po dziewięciu miesiącach pracy, nagrody festiwalowe w Wenecji i Gdyni.
M.K., A.S.: W ogóle to do nas nie dociera. Przygotowujemy się do dystrybucji, przed nami jeszcze dużo pracy.


Ola Salwa
Magazyn Filmowy SFP, 50/2015
  8.12.2015
fot. Łukasz Bąk
WFDiF. Wytwórnia, jakiej nie znacie
Staramy się być kreatywni
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll