PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
BAZA WIEDZY
PRODUKCJA FILMÓW
Dokąd zmierzasz polska animacjo? Zanim podejmę próbę odpowiedzi na to pytanie, pragnę wyjaśnić, że nie jest moim zamiarem przeanalizowanie wszystkiego, co wydarzyło się w krajowej animacji w ostatnich kilku latach.
Na pewno nie wymienię wszystkich zasługujących na uwagę twórców i tytułów. Ich obfitość zasługuje na poważne i znacznie większe akademickie opracowanie, na które zapewne też przyjdzie pora. Chodzi mi raczej o przyjrzenie się pewnym trendom i zilustrowanie ich wybranymi przykładami. Mam nadzieję, że pozwoli to wyciągnąć pewne ogólniejsze wnioski, co do kondycji filmu animowanego w Polsce AD 2014. 

Mecenas państwowy
Od razu na wstępie zaryzykuję tezę: polska animacja nigdy wcześniej nie miała się tak dobrze jak w ostatnich kilku-kilkunastu latach, przynajmniej jeśli chodzi o film autorski. Owszem, pamiętam czasy, gdy animatorzy nie musieli troszczyć się o zdobywanie funduszy na realizację swoich projektów, mieli etaty i pensje. Oczywiście, była też i cenzura, ale gdy dziś ogląda się filmy Mirosława Kijowicza czy Daniela Szczechury, to widać wyraźnie, że dawało się ją jakoś oszukać. Niemniej, nigdy wcześniej nie powstawało tyle ambitnych, autorskich dzieł, co dzisiaj. Nie jest to jednak zasługą wyłącznie zmiany ustroju. Raczej rewolucji technologicznej, jaka się wciąż dokonuje na naszych oczach. Po prostu: profesjonalne środki produkcji stały się powszechnie dostępne. Nie twierdzę, proszę mnie nie chwytać za słowo, że wspieranie realizacji filmów przez instytucje takie jak PISF straciło rację bytu. Kultura, ta ambitna (w tym film animowany), musi być wspierana, gdyż przynosi prestiż na arenie międzynarodowej, nie mówiąc już o tym, że jest sumieniem świata. Innymi słowy, wzbogaca kapitał duchowy społeczności, która ją wytwarza. Bez tego wsparcia nie powstałoby zapewne kilka, jeśli nie kilkanaście lub kilkadziesiąt, wybitnych dzieł. Ale na drugim biegunie tworzą artyści, tacy chociażby jak Wojciech Bąkowski czy Zbigniew Czapla, którzy chcą być wolni i tworzą nawet wtedy, gdy muszą finansować swoje produkcje sami. Zacznijmy od zasług państwowego mecenasa. Programowi Młoda animacja zawdzięczamy między innymi tak interesujące dzieła jak "Dróżnik" (2012) Piotra Szczepanowicza (kilka nagród i wyróżnień, m.in. za reżyserię na KFF w Krakowie) czy wielokrotnie nagradzany debiut Zbigniewa Czapli"Rytuał" (2010), który zapoczątkował błyskotliwą karierę tego niezwykle uzdolnionego, ale i płodnego twórcy (od czasu debiutu zdążył zrobić już cztery filmy, w tym obsypane nagrodami "Papierowe pudełko" [2011] i "Toto" [2013]). Powołanie do życia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w 2005 roku, walnie przyczyniło się do wzrostu liczby wyprodukowanych filmów animowanych, oczywiście głównie autorskich. Wystarczy powiedzieć, że tylko w pierwszych latach działalności (do 2008 r. włącznie) z funduszy tej instytucji skorzystało w dziedzinie animacji dziewiętnastu debiutantów, a globalna liczba dofinansowań filmów animowanych była oczywiście wielokrotnie większa. Bez wsparcia PISF-u nie mielibyśmy zapewne tak znanych realizacji jak: "Dokumanimo" (reż. Małgorzata Bosek, 2007), "Drzazga" (reż. Wojtek Wawszczyk, 2008), "Esterhazy" (reż. Izabela Plucińska, 2009), "Świteź" (reż. Kamil Polak, 2010) czy "Snępowina" (reż. Marta Pajek, 2011) - a to tylko kilka przykładów z długiej listy.

Animacja niezależna
Jednak nie wszystkie godne uwagi animacje powstały dzięki dofinansowaniu z publicznych pieniędzy. Warto przypomnieć, że nominowana do Oscara "Katedra" (2002), która przyniosła sławę jej reżyserowi Tomkowi Bagińskiemu, powstała poza systemem wspierania produkcji filmowej przez PISF. Skrajnym, ale na pewno nie marginalnym przykładem niezależnej animacji w Polsce są dzieła artystów, którzy funkcjonują raczej w obiegu galeryjnym, a w każdym bądź razie bardziej offowym niż festiwalowo-kinowo-telewizyjnym. Do tej grupy należą Wojtek Bąkowski i Piotr Bosacki, dla których film animowany jest tylko jednym ze środków wypowiedzi, obok performansu, muzyki czy poezji. Po animację sięgają też między innymi znany twórca undergroundowych komiksów Janek Koza, fotograf Tomasz Sikora czy jeden z najbardziej wszechstronnych artystów współczesnych Norman Leto. Biorąc pod uwagę potencjał polskiej nowej sztuki z jednej strony, a wspomnianą już dostępność i atrakcyjność środków z drugiej, wróżę polskiej animacji niezależnej świetlaną przyszłość. Skoro już mowa o twórcach osobnych, to nie można nie wspomnieć o fenomenie Mariusza Wilczyńskiego. Ten znakomity rysownik spoza środowiska animatorów, przez lata tworzył czołówki i przerywniki dla TVP Kultura robiąc jednocześnie dla siebie kreskówki. I być może nadal nikt by o nim nie słyszał, gdyby nie odkryli go kuratorzy z Museum of Modern Art w Nowym Jorku, gdzie doczekał się retrospektywy w 2007 roku. Dziś Wilczyński wykłada w łódzkiej Szkole Filmowej, tworzy spektakle animacji na żywo, a w wolnym czasie pracuje nad pełnometrażowym filmem, który za kilka lat, gdy wreszcie będzie ukończony, powali, w co nie wątpię, krytyków i widzów na kolana. Kariera Wilczyńskiego i nominacja do Oscara dla Bagińskiego nie powinny jednak przyćmić, może nie aż tak spektakularnych, ale jednak, sukcesów innych twórców na międzynarodowej arenie. Skupiając się tylko na ostatnich dziesięciu latach wspomnieć wypada chociażby liczne prestiżowe nagrody dla „Jam Session” (reż. Izabela Plucińska, 2004, m.in. Srebrny Niedźwiedź na Berlinale), "Caracas" (reż. Anna Błaszczyk, 2006, m.in. nagrody w Rydze, Dreźnie i Sopocie), „Refrenów” (reż. Wioletta Sowa, 2007, m.in. Grand Prix w Banja Luce), „Świtezi” (reż. Kamil Polak, m.in. nagroda za debiut w Annecy), "Paths of Hate" (reż. Damian Nenow, 2010, m.in. nagroda jury na Festiwalu Animacji Komputerowej Siggraph), „Snępowiny” (reż. Marta Pajek, 2011, m.in. Nagroda Głowna na Se-ma-for Film Festival w Łodzi i Grand Prix na festiwalu Etiuda&Anima w Krakowie), "Ziegenort" (reż. Tomasz Popakul, 2013, m.in. nagrody na Brooklyn Film Festival, T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu oraz w Espinho i Zagrzebiu), "Ex Animo" (reż. Wojciech Wojtkowski, 2013, m.in. Grand Prix w Providence i nagroda dla najlepszego filmu animowanego na Kinofest w Bukareszcie) czy „Łaźni” (reż. Tomek Ducki, 2013, nagrody w Baden, Espinho, Berlinie i Krakowie).


"Świteź" reż. Kamil Polak, fot. Human Ark

Nowa fala animacji kobiecej

Równolegle do światowej rewolucji technologicznej, o której już mówiliśmy, dokonywał się w Polsce po zmianie ustroju inny przewrót: po latach męskiej dominacji w filmie animowanym do głosu zaczęły dochodzić szeroką falą kobiety. Nie znaczy to, że w PRL-u nie było animatorek. Wypada wspomnieć przynajmniej o Teresie Badzian, Halinie Bielińskiej, Katarzynie Latałło, Teresie Puchowskiej-Sturlis, Zofii Oraczewskiej, Zofii Ołdak, Łucji Mróz-Raynoch, Alinie Skibie czy Alinie Maliszewskiej. Niemniej realizatorki te przypisane na ogół bywały do filmu dla dzieci, a ich sporadyczne filmy autorskie nie przebijały się do świadomości krytyki i na festiwale tak jak na to zasługiwały. W ciągu ostatnich dwudziestu lat ta sytuacja radykalnie się zmieniła. Lista laurów zdobytych w tym okresie przez Polki na międzynarodowych festiwalach jest imponująca i stale rośnie. O niektórych sukcesach już była mowa. Dorzucić do nich można liczne nagrody i wyróżnia dla takich filmów jak: „Allegro” Ewy Ziobrowskiej (2006), "Wszystko płynie" Edyty Turczanik (2007), „Wiewiórka i nietoperz” mieszkającej w Szwajcarii Jadwigi Kowalskiej (2008), „A Kto by pomyślał” Ewy Borysewicz (2009), „Do serca twego" tej samej autorki (2013), „Drżące trąby” Natalii Brożyńskiej (2010, blisko dwadzieścia nagród i wyróżnień!), „Ab Ovo” Anity Kwiatkowkiej-Naqui (2012). Zakres tematów interesujących młode realizatorki jest bardzo szeroki, ale w grupie ich dzieł wyróżnia się zwłaszcza niezwykle rzadkie w animacji męskiej poczucie humoru. Celują w tym zwłaszcza Ewa Borysewicz, Natalia Brożyńska czy niewspomniane jeszcze Anna Matysik z kapitalnymi „Nalepiokami” (2000) oraz Katarzyna Wilk z przewrotnym "Bear Me" (2012).
Dziełem kobiety jest też najlepsza polska animacja pełnometrażowa ostatniego dwudziestolecia. Co prawda jej reżyserka Anca Damian jest artystką rumuńską, ale jej obsypany najwyższymi nagrodami (m.in. Grand Prix w Annecy) animowany dokument "Droga na drugą stronę" (2011) nie tylko powstał w polsko-rumuńskiej koprodukcji, ale też dotyczy sprawy, która zdarzyła się na naszym terenie: głośnej swojego czasu śmierci w krakowskim więzieniu rumuńskiego Roma, oskarżonego na podstawie bardzo wątpliwych dowodów o kradzież portfela sędziego Sądu Najwyższego. Opowiadana w pierwszej osobie z zaświatów historia, oparta na sądowych dokumentach, ujawnia bezduszność wymiaru sprawiedliwości, znieczulicę lekarzy i oficjeli, nie mówiąc już o uprzedzeniach rasowych. Film wyróżnia się też niekonwencjonalną, mozaikową formą, na którą składają się zdjęcia dokumentalne, animowane kolaże, realistyczne, ale jakby trochę naiwne rysunki (w stylu popularnych niegdyś obrazków dokumentujących rozprawy sądowe) i motywy zaczerpnięte z rumuńskiego folkloru. Fenomen filmu polega między innymi na tym, że pokazywany był zarówno na festiwalach animacji, jak i dokumentu i fabuły!

Animacja zaangażowana
Unikalność filmu Damian bierze się jednak przede wszystkim z tego, że jest to dzieło zaangażowane społecznie, wręcz krzyczące do widza: „Nie bądź obojętny! Nie pozwól, żeby taka historia się powtórzyła. Zrób coś!”. W mainstreamie polskiej animacji podobnych filmów, które o coś walczą, praktycznie nie ma. Zastanawia też fakt, że mimo bezprecedensowej fali filmów realizowanych przez kobiety, w tak niewielu z nich przejawiają się otwarcie postawy feministyczne ich autorek. Taki przynajmniej wyrok wydały uczestniczki bardzo ciekawej dyskusji zorganizowanej przez Agnieszkę Kozłowską i opublikowanej na łamach „Ha!artu”.  Właściwie tylko jeden z dyskutowanych filmów – Dokumanimo Małgorzaty Bosek – oparł się feministycznej krytyce. Szkoda oczywiście, że dyskutantki nie mogły zobaczyć zrealizowanych nieco później znakomitych i wspomnianych już filmów Ewy Borysewicz (Kto by pomyślał) i Marty Pajek (Snępowina). Ale i te dwa bardzo subtelne dzieła mówią tonem ściszonym i daleko im do języka politycznego aktywizmu, z czego oczywiście nie można robić zarzutu.  Pozostając chwilę przy filmie społecznie nieobojętnym wypada wspomnieć najbardziej bezkompromisowego twórcę w dziedzinie animacji: Andrzeja Czeczota. Wkrótce po upadku ancien regime stworzył on najostrzejsze satyryczne filmy w dziejach polskiego kina: dwie serie krótkich filmików dla TVP (oddział w Łodzi) – „Przychodzi baba do doktora” (1991-93) i „Bajki dla dorosłych” (1996). Dziełka te, w typowo dla tego artysty dosadny sposób, godzącą w polskie kołtuństwo, zakłamanie i obłudę polityków, i nie stronią też od tak drażliwych tematów jak aborcja. Co ciekawe, zamiecione one zostały błyskawicznie pod dywan i to do tego stopnia, że próżno ich szukać w oficjalnych filmografiach reżysera z Internetową Bazą Filmu Polskiego na czele. Niedoceniony też niestety został przewrotny humor pełnometrażowej próby autora niezapomnianych „Makatek, czyli Eden” (2002). Praktycznie jedynym animatorem po Czeczocie, który nie boi się konfrontacji z rodzimymi przywarami, jest Janek Koza, skądinąd zresztą autor świetnych offowych komiksów, którego inteligentne, dowcipne, często zjadliwe, świetnie rysowane miniatury stanowią zjawisko samo w sobie.

Pełny metraż
Z estetyki undergroundowego komiksu wyrastają też dwa filmy pełnometrażowe "Jeż Jerzy" (reż. Wojciech Wawszczyk, Jakub Tarkowski i Tomasz Leśniak, 2010) i „Włatcy Móch” (reż. Bartosz Kędzierski, 2010). Te ambitne w swoich założeniach produkcje, padły niestety ofiarą zbytniego schlebiania gustom swojego adresata: młodzieżowej widowni. Zamiast zwalczać seksistowskie i inne stereotypy, w gruncie rzeczy je utrwalają. Niemniej są to godne odnotowania próby odejścia w pełnym metrażu od hollywoodzkich schematów i ckliwych dziecięcych bohaterów. Niestety, nie udało się oderwać od tych wzorów „Gwieździe Kopernika” (reż. Zdzisław Kudła i Andrzej Orzechowski, 2009) i chyba nie uda, sądząc z zajawki, „Złotym kroplom” (reż. Daniel Zduńczyk i Marcin Męczykowski, 2014), utrzymanym w banalnej, disneyowskiej konwencji plastycznej. Na tle tych realizacji swoistym fenomenem jest niedoceniona „Tajemnica kwiatu paproci” (2004), nieco archaiczna w formie, ale pełna wdzięku, a przede wszystkim nosząca piętno stylu twórcy, uwspółcześniona baśń weterana filmowego lalkarstwa Tadeusza Wilkosza. Nie ulega wątpliwości, że polski pełnometrażowy film animowany powinien być przedmiotem szczególnej troski, gdyż, jak pokazuje to przykład Brazylii, nawet kraje bez większych w tej dziedzinie tradycji i osiągnięć mogą nagle stać się ważnym graczem na komercyjnym rynku. Oczywiście dobrze by było, gdyby mogły też powstawać pełne metraże o większych walorach artystycznych, będące w stanie konkurować, dajmy na to, z filmami Phila Mulloya. Jest szansa, że takie dzieło w niedalekiej przyszłości jednak się ziści. Mam na myśli "Zabij to i wyjedź z tego miasta" – największe dotychczas, w dużym stopniu autobiograficzne przedsięwzięcie Mariusza Wilczyńskiego, na które wypada nam jeszcze trochę poczekać.


"Droga na drugą stronę" reż. Anca Damian, fot. Fundacja Magellan

Film dla dzieci

Oczywiście, film pełnometrażowy będzie zawsze przede wszystkim adresowany do młodego widza, ewentualnie widowni familijnej. Ale z tym rodzajem twórczości jest niestety bardzo krucho. Telewizja Polska tylko sporadycznie finansuje filmy dla dzieci. Praktycznie upadła produkcja seriali, chociaż od czasu do czasu próbuje ją się reaktywować. Poznańskie TV Studio Filmów Animowanych starało się z trudnościami i z różnymi wynikami artystycznymi ciągnąć przez kilka lat serię „Baśnie i bajki polskie” (2002-2010). Konwencjonalny w formie serial „Miś Fantazy” (reż. Robert Turło, 2006-2007) z tej wytwórni skończył się na trzynastu odcinkach. Częściowym sukcesem była seria „14 bajek z Królestwa Lailonii” (1997-2011) według prozy Leszka Kołakowskiego, w czym zasługa nie tylko dobrego materiału literackiego, ale i doboru reżyserów poszczególnych odcinków, którymi byli: Maciej Wojtyszko, Jacek Adamczak, Jacek Kasprzycki, Krzysztof Kiwerski, Hieronim Neumann, Marek Serafiński, Piotr Muszalski, Paweł Walicki, Łukasz Słuszkiewicz, Zbigniew Kotecki, Tamara Sorbian i Marek Luzara. Kilka epizodów z tej serii – zwłaszcza "O wielkim wstydzie" (reż. Jacek Adamczak, 1998) i „O wielkiej kłótni” (reż. Zbigniew Kotecki, 1999) – zasłużenie otrzymało wysokie nagrody na różnych festiwalach. Ale, zgodnie z podtytułem oryginału, są to „bajki dla dużych i małych”, może nawet bardziej dla tych pierwszych, i na pewno nie mieszczą się mainstreamie twórczości dla dzieci. Z innych prób podtrzymywania przy życiu filmu dla dzieci w Polsce wymienić warto serial lalkowy „Parauszek i przyjaciele” (2012-2014), kontynuujący tradycję tego typu produkcji wytwórni Se-ma-for, trzynaście bezpretensjonalnych mini-filmików (4 minuty każdy) z serii „Przedszkolaki” (2013) w reżyserii Piotra Furmankiewicza, Magdy Gałysz i Jarosława Szyszko czy udany trzyodcinkowy serial Leszka Gałysza "Bukolandia" (1997-2006). Temu ostatniemu twórcy wypada pogratulować konsekwencji, z jaką poświęca się twórczości dla najmłodszych. Oprócz „Bukolandii” (i oczywiście Jacka i Placka, 1992) Gałysz ma też w swoim dorobku nagradzane filmy indywidualne, między innymi wyróżniające się piękną plastyką (autorstwa nestorów polskiej ilustracji książkowej Antoniego Boratyńskiego i Józefa Wilkonia) "Szalony zegar" (2009) i "Rybak na dnie morza" (2011). Powyższa lista nie wyczerpuje wszystkich realizacji dla dzieci z ostatniego piętnastolecia, ale nie zmienia to faktu, że w porównaniu z tłustymi latami minionej epoki, w dziedzinie tej panuje zapaść, być może częściowo spowodowana też dość archaicznym myśleniem autorów i producentów o tym, jak powinna wyglądać tego rodzaju twórczość. Szansę wyjścia z depresji mogłoby dać utworzenie Instytutu Sztuki dla Dziecka (bo na pomoc telewizji publicznej nie ma raczej co liczyć). Nikogo bowiem nie trzeba chyba przekonywać, jak ważną rolę w edukacji i rozwijaniu gustów młodego widza może pełnić film i dobra literatura, a PISF nie dysponuje – niestety – ani odpowiednimi środkami, ani narzędziami, by coś w tej sytuacji zmienić.

Nowe formy
Z satysfakcją należy natomiast odnotować ożywienie na polu poszukiwania nowych form w animacji. Polskie produkcje coraz częściej goszczą na festiwalach filmów eksperymentalnych, że wspomnę tylko tegoroczne Ann Arbor Film Festival w USA, w którego konkursie znalazły się cztery niedawno zrealizowane w naszym kraju filmy (Toto Czapli, Do serca twego Borysewicz, „Suchy pion” Bąkowskiego i FFF1 Marcina Giżyckiego), i Punto y Raya w Reykjavíku (Rockova Aleksandry Śnieżek, Scintilla 21 Wiktora Podgórskiego, FFF1 Giżyckiego i „Zasmażany film” Pedro Ferreiry). W ramach tej ostatniej imprezy odbył się także przegląd dorobku polskiego kina abstrakcyjnego ostatniego półwiecza, co świadczy o rosnącym zainteresowaniu polskim eksperymentem za granicą. Do czołowych twórców eksperymentujących dziś z formą lub sposobami narracji należą, obok wymienionych wcześniej Bąkowskiego, Bosackiego i Czapli, Olga Wroniewicz i duo Przemysław Adamski - Katarzyna Kijek, ale wciąż przybywają młodsi: Marcin Wojciechowski (under_ construction, 2014) czy Izumi Yoshida (Miraż, 2012; Kigo 2013).

Mistrzowie rodzimi i obcy
Nie chcę stworzyć wrażenia, że w ostatniej dekadzie zabrakło dzieł twórców o uznanej już wcześniej pozycji. Nie spasował Piotr Dumała, który obdarzył nas dwoma zbiorami satyrycznych skeczy z doktorem Charakterem (Dr Charakter przedstawia i Dr Charakter przedstawia II, 2010, 2012), impresją do muzyki Krzysztofa Komedy "Kołysanka" (2012) i animowanym muralem „Walka, miłość i praca” (2009) wyświetlanym na ścianie starej kamienicy we Wrocławiu podczas festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Do tego należy dodać nagrodzone już na KFF i w Zagrzebiu "Hipopotamy" (2014), które dopiero rozpoczynają swój festiwalowy żywot. Wcale nieźle jak na twórcę, któremu udało się też zrealizować pełnometrażowy aktorski "Las" (2009). Jerzy Kucia ukończył niedawno wyczekiwaną przez kilkanaście lat „Fugę na wiolonczelę, trąbkę i pejzaż” (2014, Grand Prix w konkursie międzynarodowym na tegorocznym KFF). Jeszcze dłużej kazał nam czekać na nowy film autorski jeden z nestorów naszej animacji, Witold Giersz, którego "Signum" (2013) przypomina, że sztuka animacji swoimi korzeniami sięga do czasów prehistorycznych. Zaskoczył niewątpliwie Krzysztof Kiwerski, który odnalazł się w niemal abstrakcyjnych pejzażach generowanych komputerowo: „Przejście Żydów przez Morze Czerwone” (2007) i "The Rolling Stones" (2013). I wreszcie na koniec odnotować trzeba rzecz bez precedensu: polskie filmy uznanych zagranicznych twórców. Pierwsza z tych realizacji, "Piotruś i wilk" (2006), koprodukcja polsko-brytyjska w reżyserii Suzie Templeton, zdobyła Oscara. "Maska" (2010) braci Quay według opowiadania Stanisława Lema (produkcja całkowicie krajowa) również odniosła znaczące sukcesy międzynarodowe (m.in. Grand Prix w Athens w USA). A skoro o Lemie mowa, to wspomnieć wypada o polskim wkładzie w inną adaptację jego prozy, czyli "Kongres" (2012) Ariego Folmana, twórcy sławnego „Walca z Baszirem” (2008). To, że znani zagraniczni twórcy realizują swoje dzieła w naszym kraju świadczy niezbicie o wysokiej renomie na świecie polskich studiów, a także o wysokich kwalifikacjach nadwiślańskich animatorów. Szkoda, że ten potencjał nie jest wykorzystywany dla rodzimej produkcji rozrywkowej, która mogłaby konkurować z amerykańskimi czy japońskimi serialami.

Marcin Giżycki
Magazyn Filmowy SFP, 36/2014
  13.12.2014
fot. Se-ma-for
Merchandising: Czego możemy nauczyć się od Hiszpanów?
TVP: raport o polskim dokumencie. Głos z Woronicza
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2019
Scroll