PORTAL
start
Aktualności
Filmy polskie
Box office
Baza wiedzy
Książki filmowe
Dokument
Scenarzyści
Po godzinach
Blogi
Konkursy
SFP
start
Wydarzenia
Komunikaty
Pożegnania
Zostań członkiem SFP
Informacje
Dla członków SFP
Kontakt
ZAPA
www.zapa.org.pl
Komunikaty
Informacje
Zapisy do ZAPA
Kontakt
KINO KULTURA
www.kinokultura.pl
Aktualności
Informacje
Repertuar
Kontakt
STUDIO MUNKA
www.studiomunka.pl
Aktualności
Informacje
Zgłoś projekt
Kontakt
AKTORZY POLSCY
www.aktorzypolscy.pl
Aktualności
Informacje
Szukaj
Kontakt
FILMOWCY POLSCY
www.filmowcypolscy.pl
Aktualnosci
Informacje
Szukaj
Kontakt
MAGAZYN FILMOWY
start
O magazynie
Kontakt
STARA ŁAŹNIA
www.restauracjalaznia.pl
Aktualności
Informacje
Rezerwacja
Kontakt
PKMW
start
Aktualności
Filmy
O programie
Kontakt
Portal
SFP
ZAPA
Kino Kultura
Studio Munka
Magazyn Filmowy
Stara Łaźnia
PKMW
Aktorzy Polscy
Filmowcy Polscy
MENU
Bywają legendarne (Przesłuchanie), kultowe (Rejs), nowatorskie (Na wylot), szokujące (Trzecia część nocy). Rozbudzają nadzieje - spełnione bądź nie. Pełnometrażowe debiuty fabularne budzą ciekawość publiczności i krytyki. Przyjrzyjmy się wybranym debiutom po 1945 roku i drogom prowadzącym do pierwszego filmu.


kadr z filmu "Lęk wysokości", fot. Mateusz Skalski/Kino Świat

Nie jeden przełomowy trend w polskim kinie wyznaczały filmy debiutujących reżyserów. Bez wątpienia kładły podwaliny pod najważniejszy: polską szkołę filmową. "Pokolenie" Andrzeja Wajdy zapowiadało ją m.in. zrywaniem z socrealistyczną sztampą na rzecz neorealizmu włoskiego. "Człowiek na torze" Andrzeja Munka zbliżał się do niej odważnie antystalinowską treścią oraz daleką od schematyzmu konstrukcją dramaturgiczną. Do czołowych osiągnięć polskiej szkoły są zaliczane debiuty Kazimierza Kutza ("Krzyż Walecznych") i Wojciecha Jerzego Hasa (sytuująca się obok jej rozrachunkowego nurtu "Pętla").

Jednym tchem z polską szkołą filmową wymienia się niekiedy tzw. polską nową falę, gdyż rozwijała się w tym samym czasie: na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Jednak z uwagi na pewną odrębność (przewaga tematyki współczesnej nad wojenną, kino autorskie w miejsce adaptacji literatury, kameralny realizm zamiast podniosłej epiki; do tego jeszcze wyraźniejsze postawienie na młodych bohaterów) polska nowa fala wymaga osobnego potraktowania.

Od Konwickiego do Skolimowskiego

Zapoczątkował ją w 1958 roku jeden z najbardziej odkrywczych debiutów - "Ostatni dzień lata" Tadeusza Konwickiego i Jana Laskowskiego. Poetycki dramat psychologiczny, rozgrywający się na opustoszałej plaży nadmorskiej z udziałem tylko dwojga bohaterów, zrealizowany przez pięcioosobową ekipę nader skromnymi środkami (dialogi nagrano dopiero w postsynchronach, na planie jedynie je zapamiętując, za kran do kamery służyła drabina, którą wyrzuciło morze) był czymś, czego w polskim kinie jeszcze nie było.

Fenomenalnych debiutów nie zabrakło wśród filmów, które podtrzymały sukces nowego prądu. Wystarczy wymienić "Do widzenia, do jutra…" Janusza Morgensterna, "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego i nieco późniejszy (1964) "Rysopis" Jerzego Skolimowskiego, zrealizowany jeszcze podczas studiów reżysera w łódzkiej Filmówce. "Rysopisem" Skolimowski zrewoltował język kina jeszcze bardziej niż Konwicki "Ostatnim dniem lata". Brulionowy portret niespokojnego dwudziestokilkulatka naszkicował w zaledwie dwudziestu dziewięciu długich ujęciach. Będąc także scenarzystą, a nawet scenografem "Rysopisu" - i samemu grając główną rolę - wpisał swój debiut w nowofalowy model kina autorskiego.

Debiuty bez przydziału

W czasach polskiej szkoły filmowej i polskiej nowej fali wyzwanie kinematografii, uwieńczone trwałym miejscem w jej historii, rzuciły ponadto trzy inne debiuty, nieprzystające ściśle do żadnego z tych dwóch głównych nurtów. Każdy z nich przeciwstawiał socrealistycznemu schematyzmowi inną formułę. "Zimowy zmierzch" Stanisława Lenartowicza czerpał, zwłaszcza w wyszukanej warstwie wizualnej, z wzorów ekspresjonizmu niemieckiego (podobnie jak "Pętla" Hasa). "Koniec nocy" – praca dyplomowa absolwentów PWSF: Juliana Dziedziny, Pawła Komorowskiego i Walentyny Uszyckiej - ukazywał rzeczywistość z czasów rychłego końca nocy stalinowskiej, wciąż jednak zasnutej nad Polską, w adekwatnej tonacji czarnego kina. Komedia Tadeusza Chmielewskiego - "Ewa chce spać" - operowała absurdalnym humorem  (który, gdy mowa o debiutach, powrócił kilka lat później w kapitalnym "Sublokatorze" Janusza Majewskiego).
 
Róg obfitości

O ile inny kluczowy trend polskiej sztuki filmowej - kino moralnego niepokoju (1976-1980) - tworzyli w równej mierze debiutanci (Agnieszka Holland: "Aktorzy prowincjonalni" oraz - wspólnie z Jerzym Domaradzkim i Pawłem Kędzierskim - "Zdjęcia próbne", Krzysztof Kieślowski: "Blizna", Janusz Kijowski: "Indeks"), co doświadczeni reżyserzy (Andrzej Wajda: "Bez znieczulenia", "Dyrygent", Krzysztof Zanussi: m.in. "Barwy ochronne"), o tyle wcześniejszy, tzw. trzecie kino polskie, z końca lat 60. i początku 70., praktycznie sprowadzał się do debiutów.
- Propagatorom nazwy [trzecie kino polskie - przyp. A.B.] chodziło o uchwycenie przemiany pokoleniowej (…), która sprawiła, że po "kinie Robinsonów", budujących polską kinematografię w pierwszych latach powojennych i po ekspansji "Kolumbów" z okresu szkoły polskiej, przyszedł czas na wypowiedź  "Tubylców", jako tych, którzy wychowali się w Polsce Ludowej - czytamy w napisanym przez Rafała Marszałka rozdziale "Film fabularny” z 6. tomu "Historii filmu polskiego” (Warszawa 1994).

Marszałek podkreśla odrębność ideową i artystyczną poszczególnych debiutów spod znaku trzeciego kina polskiego. Istotnie, trudniej znaleźć dla nich wspólne mianowniki - inaczej niż dla debiutanckich dzieł z czasów polskiej szkoły filmowej, polskiej nowej fali czy kina moralnego niepokoju. Chyba tylko w rozterkach bohaterów inteligenckich skromnej, lecz mądrej i pięknej "Struktury kryształu" Krzysztofa Zanussiego oraz genialnego "Ocalenia" Edwarda Żebrowskiego można doszukać się zbliżonych inklinacji twórców obu filmów, notabene przyjaciół, którzy w tamtym okresie często ze sobą współpracowali. Ale już między arcydziełem kina poetyckiego - "Żywotem Mateusza" Witolda Leszczyńkiego (zrealizowanym, podobnie jak "Rysopis" Skolimowskiego, jako praca dyplomowa w łódzkiej PWSF), plebejską balladą Henryka Kluby "Chudy i inni", kpiarskim "Rejsem" Marka Piwowskiego, bezpretensjonalną komedią młodzieżową "Uciec jak najbliżej" Janusza Zaorskiego, ekspresyjnym dramatem okupacyjnym "Trzecia część nocy" Andrzeja Żuławskiego, wielkim eksperymentem formalnym, jakim stało się "Na wylot" Grzegorza Królikiewicza i krzykiem protestu przeciw niemożności zrealizowania życiowych aspiracji - "Palcem Bożym" Antoniego Krauzego - trudno znaleźć istotne podobieństwa. Poza jednym: znakomitością tych filmów, zaliczanych w większości zarówno do najlepszych debiutów, jak i do najwybitniejszych osiągnięć naszej kinematografii.  
 
Debiuty czasów przełomu

Idea wspólnego programu artystycznego debiutów filmowych odżyła pod koniec lat 70. nie tylko w kinie moralnego niepokoju, lecz również w tzw. kinie kreacyjnym. Rozwijało się ono równolegle z nim, lecz w opozycji do niego, przeciwstawiając współczesnej tematyce, realizmowi i zacięciu publicystycznemu – zanurzenie w przeszłości i wysmakowaną estetykę. Przyniosło dwa wybitne debiuty - "Zmory" Wojciecha Marczewskiego (adaptacja skandalizującej powieści Emila Zegadłowicza) i "Arię dla atlety" Filipa Bajona, nawiązującą do biografii zapaśnika Zbyszka Cyganiewicza. Przeszłość wskrzeszało też tzw. polskie retro. Choć było domeną reżyserów z dużym dorobkiem, głównie Janusza Majewskiego ("Zazdrość i medycyna", "Zaklęte rewiry", "Sprawa Gorgonowej"), ukoronowanie znalazło w 1981 roku w brawurowym debiucie - "Vabanku" Juliusza Machulskiego.

Po Sierpniu 1980 roku rozsupłał się worek z filmami antystalinowskimi. Wprawdzie większość z nich zrealizowali reżyserzy nie będący debiutantami, ale za to jedyny debiut – "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego - stał się legendą. Wstrząsającej opowieści o gehennie podrzędnej piosenkarki Antoniny Dziwisz (Krystyna Janda), wtrąconej we wczesnych latach 50. do ubeckiej katowni, groziło zniszczenie włącznie z negatywem. Podczas pamiętnej kolaudacji filmu domagali się tego gorliwi reżyserzy partyjni. Skończyło się na uczynieniu z Przesłuchania owocu zakazanego, którym rozsmakowywano się na tajnych pokazach filmu z kopii VHS. Oficjalna premiera odbyła się 13 grudnia 1989 roku, w rocznicę ogłoszenia stanu wojennego, który spowodował kłopoty filmów antystalinowskich z lat 1980/1981.

Po 13 grudnia 1981 roku było wiadomo, że realizacja filmów odważnych politycznie będzie bardzo utrudniona lub wręcz niemożliwa, przynajmniej u głównego producenta w czasach PRL, w Zespołach Filmowych, zazwyczaj zresztą bardzo sprzyjających debiutantom. Otaczający debiuty szczególną troską, kierowany przez Andrzeja Wajdę Zespół „X”, w którym powstało Przesłuchanie, po burzy wokół tego filmu, decyzją polityczną rozwiązano.*


kadr z filmu "Erratum", fot. Best Film 

Irzykowski spieszy z pomocą

W tej sytuacji ratunkiem okazało się Studio Filmowe im. Karola Irzykowskiego (1981-2005). Dzięki wyodrębnieniu organizacyjnemu jako samodzielnej jednostki kinematografii oraz powierzeniu decyzji programowych Radzie Artystycznej Studia, którą z reguły tworzyli wyłącznie jego członkowie, cieszyło się ono szerszym marginesem swobody twórczej.

Studio Irzykowskiego, jak się je potocznie nazywa, za cel działalności obrało pomaganie młodym reżyserom przymierzającym się do realizacji swoich pierwszych filmów. Trudno sobie wyobrazić, aby we wczesnych latach 80. gdziekolwiek indziej mogły powstać tak bezkompromisowe debiuty, jak "Nadzór" Wiesława Saniewskiego - wstrząsający dramat więzienny, w którym kobiecy zakład karny nabrał cech metafory systemu totalitarnego, czy "Dom wariatów" Marka Koterskiego - groteska obnażająca chorobę toczącą społeczeństwo: pozorność relacji rodzinnych i międzypokoleniowych.

W Zespołach Filmowych ciekawe debiuty zaczęły pojawiać się ponownie w drugiej połowie dekady. Także wśród nich był odważny obraz polityczny - antystalinowskie "W zawieszeniu" Waldemara Krzystka. Piękną kontynuacją kina kreacyjnego popisał się Andrzej Domalik w nakręconym według opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Zygfrydzie".

Przełom po raz drugi

"Ostatni dzwonek" - efektowny debiut kinowy Magdaleny Łazarkiewicz, zrealizowany w Studio Irzykowskiego - biorąc w obronę licealistów skonfliktowanych z nauczycielem zafałszowanej historii Polski, stał się barometrem nastrojów bezpośrednio przed Czerwcem 1989 roku.

Transformacja ustrojowa zdjęła z kinematografii jarzmo cenzury politycznej. Na wezbranej dzięki temu fali filmów o stanie wojennym i jego następstwach debiutant Maciej Dejczer nakręcił "300 mil do nieba", w których błyskotliwie odtworzył brawurową ucieczkę z Polski do Szwecji, na jaką porwali się dwaj nastoletni bracia. Ta sama transformacja postawiła też jednak przed twórcami nowe wyzwania ekonomiczne. Musieli zmierzyć się z częściową prywatyzacją produkcji filmowej, komercjalizacją rynku kinowego, a także z rosnącą popularnością kaset VHS, telewizji satelitarnej itp.

Biorąc te ostre zakręty kino polskie przeżyło w pierwszej połowie lat 90. zapaść, która w Zespołach Filmowych odbiła się niekorzystnie także na ilości i jakości debiutów. Zdarzały się jednak wyjątki. "Kroll" Władysława Pasikowskiego, zręcznie wykorzystując model hollywoodzkiego kina akcji, podtrzymał tradycję przełamywania przez debiutantów tematów tabu: zdemaskował patologiczne stosunki w polskiej armii. Wzorcowy komediodramat Macieja Ślesickiego "Tato", ujmując się za ojcem desperacko walczącym w sądzie o prawo do opieki nad kilkuletnią córką, zapowiadał dyskusję o roli ojca w rodzinie.

W pełnym nadziei, ale i niewolnym od niepewności czasie wielkich przemian Studio Irzykowskiego stawiało niezmiennie na kino artystyczne, z powodzeniem pomagając odnaleźć się w nim kolejnym debiutantom, m.in. Leszkowi Wosiewiczowi ("Kornblumenblau"), Janowi Jakubowi Kolskiemu ("Pogrzeb kartofla") i Mariuszowi Trelińskiemu ("Pożegnanie jesieni"). Podobnie jak niegdyś, w przypadku "Rysopisu" Skolimowskiego i "Żywota Mateusza" Leszczyńskiego, ambitne debiuty wsparła łódzka Filmówka. Tyle że teraz uczyniła to w formie jeszcze bardziej zinstytucjonalizowanej, obejmując np. "Diabły, diabły" Doroty Kędzierzawskiej i znakomitą "Rozmowę z człowiekiem z szafy" Mariusza Grzegorzka opieką produkcyjną uczelnianego Studia Filmowego "Indeks”.
Z kolei Telewizja Polska podjęła się produkcji m.in. "Pożegnania z Marią", oryginalnej adaptacji opowiadania Tadeusza Borowskiego, którą zadebiutował Filip Zylber.

Świeżym okiem

Począwszy od końca lat 90. poziom filmu polskiego zaczął znów się podnosić. Uchwalenie – już w latach dwutysięcznych - nowej Ustawy o kinematografii i powołanie na jej mocy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej sprzyjało nie tylko ogólnej poprawie sytuacji, ale również pojawieniu się fali wartościowych debiutów. Znaczną cześć z nich PISF objął dofinansowującymi programami operacyjnymi.

W ostatnich latach aż trzy razy Złote Lwy na Gdynia Film Festival zdobył film debiutancki; kolejno: "Warszawa" Dariusza Gajewskiego, "Pręgi" Magdaleny Piekorz i "Rewers" Borysa Lankosza. Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”, przywrócony w 1999 roku po przerwie, zyskał rangę jednego z najważniejszych wydarzeń artystycznych.

Wśród debiutantów do głosu doszła kolejna młoda generacja reżyserów. I podjęła próbę opisania Polski po transformacji - w tym również bliskich sobie środowisk młodzieżowych. Filmy takie jak "Portret podwójny" Mariusza Fronta, "Chaos" Xawerego Żuławskiego czy "Aleja gówniarzy" Piotra Szczepańskiego były nierówne, nomen omen chaotyczne, ale w sferze obserwacji socjologicznych, poszukiwań formalnych i wykorzystania nowych zdobyczy techniki filmowej (kamera cyfrowa) - obiecujące. Swoją "niezborność” wynagradzały młodzieńczą świeżością spojrzenia autorów na rzeczywistość.

Różne odcienie debiutów

Poza kostiumowym obrazem Adriana Panka, "Daas", oraz "Rewersem" Borysa Lankosza, czyli ujrzeniem epoki stalinowskiej w krzywym zwierciadle czarnej komedii, we współczesność zapatrzone są filmy noszące znamiona dojrzałych debiutów. Ich lista jest długa, rozciąga się między brutalną "Symetrią" Konrada Niewolskiego i poetyckim "Zmruż oczy" Andrzeja Jakimowskiego, od skrajnie ascetycznego "Lasu" Piotra Dumały po wyszukane konstrukcyjnie "Zero" Pawła Borowskiego. Znalazło się na niej miejsce i dla ballad w rodzaju rewelacyjnego, nakręconego kosztem niespełna 800 tys. zł (!) "Ediego" Piotra Trzaskalskiego, czy "Wina truskawkowego" Dariusza Jabłońskiego, i dla filmów, w których obraz życia społecznego zarysowano mocniejszą kreską: "Ody do radości" Anny Kazejak, Jana Komasy i Macieja Migasa, "Galerianek" Katarzyny Rosłaniec albo niedawnego "Dnia kobiet" Marii Sadowskiej.

Ciekawe, że w aż czterech filmach debiutanckich dużej rangi: "Pręgach" Magdaleny Piekorz, "Erratum" Marka Lechkiego, "Lęku wysokości" Bartka Konopki i thrillerze politycznym Rafaela Lewandowskiego "Kret" przewija się motyw relacji ojcowsko-synowskich.

Debiuty nowe i najnowsze wyłoniły ponadto reżyserów, którzy zdążyli już potwierdzić kolejnymi filmami, że słusznie zobaczono w nich, kiedy startowali, indywidualności i nadzieje polskiego kina. Oprócz Jakimowskiego, Trzaskalskiego i Żuławskiego należy tu wymienić Leszka Dawida, Sławomira Fabickiego, Małgorzatę Szumowską i Przemysława Wojcieszka.

Debiutanckie ewenementy

Zamykając część historyczną rozważań o debiutach w powojennym kinie polskim, trzeba podkreślić, że nie zawsze były one przepustkami do wielkich karier reżyserskich, tak jak to się stało w przypadku np. Hasa, Holland, Kutza, Machulskiego, Wajdy czy Zanussiego.

Mieliśmy udane debiuty, po których dalsze życie zawodowe ich reżyserów toczyło się ze zmiennym szczęściem lub w ogóle bez powodzenia, ale to nie powód, by nie doceniać tych pierwszych, dobrych, dziś często zapomnianych filmów. Takich jak "Zofia" (1976) Ryszarda Czekały  - wzruszający portret pensjonariuszki domu starców, z wielką rolą Ryszardy Hanin. Czy jak zrealizowana siedem lat później w Studio Irzykowskiego "Kartka z podróży" Waldemara Dzikiego, podejmująca niekonwencjonalnie temat Zagłady. A kto jeszcze pamięta "Znaki na drodze" Andrzeja J. Piotrowskiego, "Ruchome piaski" Władysława Ślesickiego, "Kardiogram" Romana Załuskiego, "Klincz" Piotra Andrejewa, wpisujący się w kino kreacyjne "Pałac" Tadeusza Junaka? Warto wrócić do tych filmów.


kadr z filmu "Dzień kobiet", fot. Jacek Drygała/Kino Świat

Wespół w zespół

Swego czasu naturalne środowisko dla reżyserów przymierzających się do debiutów fabularnych tworzyły Zespoły (Studia) Filmowe. Doświadczony reżyser sprawował nad debiutem kierownictwo artystyczne. Kształt przyszłego filmu dojrzewał w zespołowych dyskusjach nad scenariuszem, nakręconymi materiałami, montażem.
- Moją prawdziwą szkołą filmową była praca w Zespole Filmowym "TOR", gdzie zetknąłem się z jego ówczesnym kierownikiem artystycznym Stanisławem Różewiczem i innymi wspaniałymi ludźmi. Odbywające się w "Torze" kolaudacje wewnętrzne filmów bywały znacznie ostrzejsze od ministerialnych. Te drugie skupiały się na bojach z cenzurą, podczas gdy my spieraliśmy się o wartości artystyczne filmu – wspomina Wojciech Marczewski, współzałożyciel i wykładowca Szkoły Wajdy.

Szkoła Wajdy, wraz z utworzonym przy niej Studiem Wajdy, to jedno z miejsc, w których praktycznie każdy, kto chce zrobić film, może otrzymać taką szansę. Takim miejscem jest też Studio "Młodzi i Film” im. Andrzeja Munka przy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich.

Oba ośrodki, ściśle ze sobą współpracujące, przywracają wypróbowaną w Zespołach Filmowych metodę wspólnej pracy nad projektami debiutantów. Pielęgnują też tradycję, zgodnie z którą przyszły reżyser swego pierwszego filmu pełnometrażowego najpierw sprawdza swoje umiejętności w krótszej formie. Tę zasadę wprowadziły jeszcze w latach 70. ówczesne władze kinematografii. Wtedy "poligonem doświadczalnym”, na którym reżyserzy "trenowali przed startem na długim dystansie” była Telewizja Polska. To dla niej tak zasłużeni potem dla kina polskiego twórcy jak Jerzy Domaradzki, Feliks Falk, Agnieszka Holland czy Juliusz Machulski zrealizowali w Zespole Filmowym „X” Andrzeja Wajdy godzinne filmy z cyklu "Sytuacje rodzinne".

Idea średniometrażowego debiutu telewizyjnego odżyła w samej TVP, w realizowanym w latach 2000-2002 projekcie "Pokolenie 2000”. Pod tym szyldem powstały cztery udane obrazy, w tym "Moje miasto" późniejszego twórcy znakomitego Erratum, Marka Lechkiego, oraz "Inferno" Macieja Pieprzycy, przyszłego autora niebanalnych "Drzazg".

W Studio Munka

Od 2005 roku możliwość "treningu”, krótkiej rozgrzewki przed długim metrażem daje początkującym fabularzystom Program "30 minut”, utworzony dzięki porozumieniu kilku instytucji: Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, PISF, SFP, Szkoły Wajdy oraz TVP Kultura. Koordynatorem Programu jest obecnie Studio Munka. Dyrektor artystyczny Studia, Dariusz Gajewski, oraz Wojciech Marczewski zgodnie podkreślają, że wielką zaletą "30 minut” jest to, iż stwarza szansę zadebiutowania nie tylko reżyserom, ale również autorom zdjęć, scenografom, dźwiękowcom itp. - Jeśli chodzi o samodzielne fabularne debiuty pełnometrażowe Studio Munka firmowało dotąd dwa takie filmy: "Lęk wysokości" Bartka Konopki i "Dzień kobiet" Marii Sadowskiej” - mówi Gajewski. - Cieszy nas, że oba miały dobre recenzje, znalazły swoje miejsce w kinach i swoją publiczność. Trwają prace nad trzecim filmem - "Murem" Dariusza Glazera.

Reżyserzy, którzy chcą zadebiutować w Studiu Munka w fabularnym pełnym metrażu, przekładają projekty planowanych filmów. Ocenia je Rada Artystyczna, poszukując w nich odkrywczych pomysłów, które na ekranie mogłyby się przerodzić w filmy, jakich w polskim kinie jeszcze nie było. Ocenie Rady podlega też dotychczasowy dorobek debiutanta. - Debiutant w Studio Munka ma prawo do błędu, ale na błędach się uczy, zdobywa doświadczenie, a to jest dla nas najistotniejsze - podkreśla dyrektor artystyczny Studia. - Wiąże się z tym ryzyko finansowe, niemniej Studio jest gotowe je podejmować, bo nie pracuje dla efektu marketingowego, a przy tym stara się, aby jego filmy nie były kosztowne.

Development kluczem do sukcesu

- Szkoła Wajdy podpisała się dotąd pod jednym pełnometrażowym debiutem fabularnym. Był to film Norah McGettigan "Sanctuary", powstały w koprodukcji polsko-irlandzkiej. Planujemy kolejne, będziemy je realizować w Studio Wajdy, lecz nie one są naszym najważniejszym celem i na pewno nie postawimy na ilość. My stawiamy na jakość, toteż w Szkole Wajdy najważniejsze są programy, na których nasi słuchacze doskonalą swoje projekty filmów – mówi Wojciech Marczewski. - Mamy kurs scenariuszowy "Program Script". Jest specjalny Program dla Kreatywnych Producentów, gdyż dziś producent nie może ograniczyć się do zgromadzenia środków na realizację filmu i organizacji jego produkcji. Musi być twórczym partnerem reżysera. Wreszcie są kursy reżyserskie, oddzielne dla dokumentalistów i fabularzystów. Ten drugi nosi nazwę "Studio Prób" i trwa dziesięć miesięcy. Słuchacze przychodzą nań ze scenariuszami lub przynajmniej treatmentami, które dopiero przybiorą postać scenariuszy. W trakcie kursu realizują dwie sceny ze swoich projektów. Mogą wtedy przekonać się np., czy scena zabawna w scenariuszu, bawi także na ekranie. A jeśli nie bawi, to mają okazję zapytać wykładowców i kolegów, dlaczego tak się dzieje. Ponadto podczas zdjęć słuchacze "docierają się” z operatorem i innymi współpracownikami, uczą się pracy z aktorami. To wszystko, włącznie z nieraz wielokrotnym, jeśli to konieczne, przerabianiem scenariusza, wynajdywaniem odpowiednich lokalizacji itp. - a nie jedynie przygotowanie filmu od strony produkcyjnej - składa się na development - najważniejszy etap powstawania dzieła filmowego. To okres, w którym film dojrzewa.

- W Szkole Wajdy przywiązujemy do developmentu wielką wagę - kontynuuje Marczewski. - Nasi absolwenci, nauczeni dobrego przygotowania filmu także pod względem artystycznym, debiutując w fabularnym pełnym metrażu, poradzą sobie w każdej konfrontacji wyobrażeń o swoich filmach z rzeczywistością, która przeważnie wymusza kompromisy.

Pozostaje życzyć tego wszystkim polskim, obecnym i przyszłym, debiutantom.

*Kolaudacja Przesłuchania nie była jedyną burzliwą kolaudacją debiutu. O pierwszej z dwóch kolaudacji filmu "Na wylot" Grzegorz Królikiewicz, w rozmowie z Andrzejem Mosiem zamieszczonej w książce "Debiuty polskiego kina” pod redakcją Marka Hendrykowskiego, mówi: -(…) była podła, nikczemna, umówiona. Jej protokoły
są przerażające, kuriozalne (…)

Andrzej Bukowiecki
Magazyn Filmowy SFP, 25, 2013
  14.12.2013
Koprodukcje - raport "Magazynu Filmowego SFP"
Europejski film dla dzieci i młodzieży - kilka faktów (referat)
Copyright © by Stowarzyszenie Filmowców Polskich 2002 - 2020
Scroll