Połącz
Logowanie
zaloguj się
PISF twitter Facebook YouTube
szukaj
O SFP
ZAPA
KINO KULTURA
STUDIO MUNKA
DOKUMENT
DOM PRACY TWÓRCZEJ
Blog / Andrzej Haliński
Blog / Andrzej Haliński
"C.K.Dezerterzy", reż. Janusz Majewski
fot. Henryk Jedynak/Filmoteka Narodowa
Za panowania Zygmunta Króla
Przed naszym wyjazdem zadzwonił do mnie kierownik produkcji Zygmunt Król z propozycją pracy nad scenografią do filmu "C.K. Dezerterzy" w reżyserii Janusza Majewskiego.
Zaraz po zakończeniu zdjęć do "Pismaka", wyruszyliśmy na poszukiwanie obiektów zdjęciowych w Czechosłowacji do kolejnego planowanego przez Wojciecha Hasa filmu – "Czerwone tarcze" według powieści Jarosława Iwaszkiewicza. W czasie tej dwutygodniowej podróży Has właściwie więcej opowiadał o innym projekcie, czyli o "Osobistym pamiętniku grzesznika przez niego samego spisanym" aniżeli o tym, w sprawie którego przemierzaliśmy setki kilometrów po czeskich i słowackich bezdrożach. Było to bardzo znamienne. Oznaczało, że w głębi duszy nie bardzo wierzył, że "Czerwone tarcze" dojdą do skutku i myślami już był przy następnym filmie.

Słuchałem go z zainteresowaniem, ale im bardziej się zapalał, tym ciężej było mi na duszy. Przed naszym wyjazdem zadzwonił do mnie kierownik produkcji Zygmunt Król z propozycją pracy nad scenografią do filmu "C.K. Dezerterzy" w reżyserii Janusza Majewskiego. Czułem się wobec Wojtka bardzo nie w porządku, ale z drugiej strony miałem już serdecznie dość poniewierki w Łodzi i perspektywa spędzenia roku w Warszawie i Budapeszcie wydawała się szalenie nęcąca. Praca z Januszem była czystą przyjemnością – miałbym z niej dobrowolnie zrezygnować? Do tego dochodziły względy czysto osobiste. Mój syn miał już ponad 10 lat i wychowywał się właściwie bez ojca. Najwyższy czas, żebym zaczął poświęcać mu więcej czasu niż dotychczas. O zaniedbywanej przez tyle lat żonie już nie wspomnę.

Nie mogłem dłużej udawać strusia i chować głowę w piasek. Po powrocie do Łodzi zwierzyłem się Wojtkowi ze swoich rozterek. Już przed tą rozmową czułem, że nie przyjmie do wiadomości żadnych moich argumentów. Mogło to oznaczać ostateczny koniec naszej współpracy i przyjaźni. Tak się też stało. Wojtek patrzył w okno i nie odezwał się ani słowem. Pożegnał się chłodno, i to był koniec naszej znajomości. Kto rejterował z jego dworu, ten był zdrajcą i nie było odwołania od tego wyroku.

Współpraca z każdym wielkim twórcą miała swoje jasne i ciemne strony, a w moim przekonaniu Wojciech Jerzy Has był najwybitniejszym polskim reżyserem. Jestem autentycznie dumny, że pomimo tego przykrego rozstania, miałem przywilej współpracy z tym wielkim wizjonerem.

Kiedy dowiedziałem się, że Janusz Majewski przygotowuje duży film z okresu pierwszej wojny światowej według własnego scenariusza napisanego z czeskim pisarzem Pawlem Hajnym, mogłem oczekiwać, że mnie właśnie zaproponuje scenografię. W końcu, w miłej atmosferze i stosunkowo bezproblemowo pokonaliśmy trudności serialu "Królowa Bona", "Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny", a potem "Słonej róży".

Nie zdziwiłem się więc bardzo, kiedy zadzwonił telefon i usłyszałem charakterystyczny, lekko chropowaty głos jednego z najbardziej szanowanych w naszym środowisku kierowników produkcji, czyli pana Zygmunta Króla. Zaraz po powrocie z Czechosłowacji i nieprzyjemnej rozmowie z Wojtkiem, stawiłem się w Wytwórni Filmów Dokumentalnych na ul. Chełmskiej 21. Pokoje produkcyjne były właśnie w stadium organizacji, a sam Król dyrygował podłączaniem telegrafu – ogromnej maszynerii, protoplasty faksów i poczty internetowej. Miała to być prestiżowa koprodukcja polsko-węgierska, tak więc ustanowienie nowoczesnego systemu łączności z Budapesztem było sprawą narodową. Przywitał się ze mną zdawkowo, co było najlepszym świadectwem wagi tych zmagań z techniką, albowiem pan Zygmunt słynął z dobrego wychowania, zimnej krwi i niewyczerpanych zasobów uprzejmych uśmiechów nawet dla ludzi, którzy go śmiertelnie nudzili.
– Janusz się nieco spóźni, panie Andrzeju – powiedział – niech pan łaskawie poczeka w pokoju reżyserskim. Pani Dorota poda panu kawę albo czego pan sobie zażyczy.

Odwzajemniłem się czymś równie eleganckim i zasiadłem w zgrzebnym pokoiku, na którego drzwiach widniał już tytuł filmu i pouczenie, że wchodzić tam należy jedynie po uprzednim zaanonsowaniu się w sekretariacie. To miał być mój pierwszy film w Warszawie po latach wygnania w Łodzi i nieco dziwiła mnie ta „dworskość” po hotelowo-wytwórnianej łódzkiej wspólnocie dusz. Czekając na Janusza, przypomniałem sobie radę, której udzielił mi mój przyjaciel, także kierownik produkcji, dowiedziawszy się, że mam pracować pod skrzydłami pana Króla.
– Sam się pokapujesz co jest grane. To niesłychanie mądry, przebiegły, ale pragmatyczny dżentelmen, miej jednak oczy szeroko otwarte... Kapujesz?
– Nie bardzo.
– A słyszałeś o "Nocy generałów"?
– Co nieco...

"Noc generałów" była pierwszą naszą prawdziwą usługą filmową dla dużej amerykańskiej produkcji. W grę wchodziły miliony dolarów, chociaż w Polsce kręcono niewielką część filmu. Nazwisko reżysera i producenta, legendy Hollywood, onieśmielało już na wstępie, a w Hotelu Europejskim (był wtedy najlepszy w Warszawie) zamieszkali Omar Sharif, Curd Jürgens, Peter O’Toole, przez co tłumy młodych panienek miały niezrozumiały dla ich matek niecierpiący zwłoki interes na Krakowskim Przedmieściu.

Wycieczki gapiów podkradały się do ruin stojących sobie spokojnie w centrum miasta od czasu bombardowań wojennych, a będących tak cennym dla naszych gości obiektem zdjęciowym, aby przynajmniej popatrzeć na stoły przykryte białymi obrusami i zastawione kanapkami w kawiorem, wędzonym łososiem, polędwicą, egzotycznymi napojami z mocnymi trunkami włącznie. Za tą wystawą dóbr powszechnie niedostępnych prężyli się jak struny kelnerzy, ostentacyjnie nieczuli na zaczepki gawiedzi. To byli ci sami królowie sal konsumpcyjnych, których zwabianie do stolika w dzień powszedni ich „urzędowania” graniczyło z cudem. Tutaj nadskakiwali każdemu, kto tylko przelotnie spojrzał w ich stronę. Nie muszę chyba dodawać, że wyłącznie tym, którzy znajdowali się wewnątrz tajemnego kręgu oddzielonego grubą liną i ścisłym kordonem funkcjonariuszy MO.

Tę odpowiedzialną produkcję powierzono właśnie Zygmuntowi Królowi, jako jednemu z wybijających się kierowników produkcji lat sześćdziesiątych. Asystentem pana Zygmunta był pan Jerzy, sprawujący później wysokie stanowisko w kinematografii. Specjalnym wysłannikiem i człowiekiem zaufanym, łącznikiem między biurem produkcji a planem filmowym został pan Henio. Codzienna rutyna produkcyjna, w pewnym uproszczeniu, wyglądała w przybliżeniu tak:
– Panie Heniu! Już siódma. Niech pan, na Boga, jedzie na plan.
– Ale... dopiero jest po szóstej?
– Żadne ale, proszę jechać!
– Tak jest, panie kierowniku.
Po godzinie w gabinecie pana Króla dzwonił alarmująco telefon, a ze słuchawki dobiegał zdyszany głos pana Henia:
– Panie kierowniku! Pan nie wie, co tu się, kurwa, dzieje! Producent się wścieka, Omar Shariff znowu grał całą noc w karty i nie można go dobudzić. Dwóch Amerykanów kompletnie pijanych leży w Europejskim, czołgi gdzieś się zaklopsowały w mieście...
– Dobrze, bardzo dobrze, panie Heniu. Dziękuję, zaraz panu pomożemy. Niech pan go uspokoi, zaraz przyjeżdżam. Proszę się o nic nie martwić.
Pan Zygmunt poprawiał i tak nienagannie zawiązany krawat, po czym dystyngowanie otwierał drzwi do pokoju asystentów:
– Panie Jerzy. Wie pan, coś mi nie daje spokoju… Czy tam na planie aby na pewno wszystko w porządku. Czy nie zechciałby pan tam podjechać? Bardzo proszę.
– Zapewniam pana, że nic takiego nie może się wydarzyć. Zdjęcia są  zaplanowane precyzyjnie...
– Niech pan zrobi mi tę drobną uprzejmość, pojedzie i to sprawdzi. Nie zaszkodzi rzucić pańskim okiem.
Po kilku godzinach zdyszany, mokry od nadmiaru wrażeń pan Jerzy wracał do biura.
– Panie Zygmuncie! Całe szczęście, że pojechałem. Ale pan miał nosa! Sodoma i gomora, ale już wszystko w porządku. Czołgi dotarły. Amerykanie wytrzeźwieli i zdjęcia ruszyły.
– Bardzo panu dziękuję, panie Jerzy. Jak zwykle uratował pan sytuację.
Dnia następnego pan Henio donosił:
– Panie Zygmuncie! Miód, nie malina. Już kręcą, nawet O’Toole trzeźwy!
Drzwi do pokoju obok otwierały się i stawał w nich gotowy do drogi pan kierownik.
– Panie Jerzy. Proszę sobie dzisiaj odpocząć. Wczoraj odwalił pan kawał świetnej roboty. Dzisiaj ja pana zastąpię i pojadę na plan.
– Ależ panie kierowniku...
– Nie, nie ma mowy.

Powtarzało się to dość systematycznie aż do ostatniego dnia zdjęciowego, kiedy to amerykański producent, Mr. Spiegel, wydał wieczorem pożegnalny bankiet. Kiedy ustały oficjalne toasty i podziękowania, wielki boss z Hollywood odciągnął na bok pana Króla.
– Chciałbym panu osobiście podziękować… Proszę przyjąć ten drobiazg w dowód naszej przyjaźni i mojej wdzięczności.

W ręku pana Zygmunta zalśnił wspaniały zegarek Schafhaussen z wygrawerowanym na rewersie jego imieniem i nazwiskiem wraz ze stosowną dedykacją. Oniemiały z wrażenia poczuł, że jest pociągany za rękaw, a cicho, na ucho, i ku swemu kompletnemu zaskoczeniu po polsku, usłyszał:
– Ale tego swojego asystenta to niech się pan, panie Król, pozbędzie. On się do tego fachu nie nadaje. Jak on jest na planie, to nic nie funkcjonuje. On ściąga nieszczęście jak biblijny Jonasz. Ja panu dobrze radzę. Niech pan mnie posłucha.

Nie wiem, ile w tej przypowieści jest prawdy, ale nawet jeśli jest ona w całości prawdziwa, to na szczęście dla nas wszystkich pan Zygmunt nie posłuchał i pan Jerzy stał się dekadę później wspaniałym szefem ekonomicznym jednego z bardzo zasłużonych studiów filmowych.


Fragmenty książki „10 000 dni filmowej podróży” Andrzeja Halińskiego; Prószyński i S-ka, 2002.


Andrzej Haliński / Magazyn Filmowy SFP Nr 4/2016  14 sierpnia 2016 07:01
Scroll